Media
 

Teatr Muzyczny zakończył sezon

Połowa czerwca to czas, w którym wiele instytucji kulturalnych sposobi się do wakacyjnej przerwy w działalności. W minioną sobotę sezon artystyczny 2009/2010 zakończył Teatr Muzyczny.
Krótkie podsumowanie wypada rozpocząć od wydarzenia pozaartystycznego. Od 25 marca br. Sala Widowiskowa teatru nosi imię Andrzeja Chmielarczyka. To piękna i godna uznania forma upamiętnienia człowieka, który przez 33 sezony kierował tą placówką i przeprowadził ją przez najtrudniejsze lata całkowitej bezdomności. Dla nas ta uroczystość jest pamiętna również dlatego, że właśnie tego dnia "Kurier" został uhonorowany tytułem i statuetką "Filar Teatru Muzycznego".

A jaki był ów sezon od strony artystycznej? Z całą pewnością zróżnicowany repertuarowo; od oper, poprzez operetkową klasykę, musical i bajki, aż po widowisko baletowe. Niemal każdy więc mógł znaleźć coś dla siebie interesującego. Tym bardziej, że teatr po raz pierwszy zaproponował nową formę prezentacji. W styczniu zainaugurowany został cykl "Kameralnych spotkań z gwiazdami". W comiesięcznych koncertach soliści Muzycznego występowali w repertuarze na co dzień nieobecnym na lubelskiej scenie. I czasem były to wykonania godne wręcz największych scen operowych. Koncerty Renaty Drozd, Julii Iwaszkiewicz i Elżbiety Kaczmarzyk-Janczak pokazały, jak wielkie są możliwości tych artystek, a co za tym idzie - jaki jest potencjał teatru.

Ów potencjał poznała zresztą publiczność nie tylko lubelska. Teatr Muzyczny w listopadzie wystąpił w warszawskiej Sali Kongresowej ze "Strasznym dworem", a w maju zaprezentował w tym samym miejscu "Pinokia" oraz "Zemstę nietoperza". Wszystkie te spektakle grane były przy kompletach na widowni i nie była to publiczność organizowana, lecz - jak się mówi w teatrze - "z kasy". A jak się dowiedziałem od osób niezwiązanych z lubelskim zespołem, przyjęcie warszawskiej publiczności było bardzo gorące.

Kończący się sezon Teatr Muzyczny zamknął swoją najnowszą produkcją - operetką "Hrabia Luxemburg" Franza Lehara, w reżyserii Tomasza Janczaka, pod kierownictwem muzycznym Jacka Bonieckiego. Już po premierze bardzo pochlebnie pisałem o tej realizacji, ale dopiero teraz, w tę minioną sobotę spektakl zalśnił pełnym blaskiem. Sprawił to przede wszystkim występ Renaty Drozd w roli Angele Didier. Znakomita solistka zachwyciła nie tylko urodą i niezwykłym kunsztem wokalnym, ale także świetnym aktorstwem. Pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego pani Renata nie zagrała w maju premiery. Tym bardziej, że z odtwórcą roli tytułowej, Tomaszem Janczakiem, stworzyli naprawdę kapitalny duet. Do sukcesu tego ostatniego spektaklu (owacja na stojąco była dłuższa niż na premierze) z całą pewnością dołożyli się także Krystyna Szydłowska jako przezabawna hrabina Kokozow oraz Jarosław Cisowski w roli Armanda Brissarda. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że premierowa publiczność może zazdrościć tej sobotniej.

Przed artystami Teatru Muzycznego teraz wakacje, a potem kolejny sezon. Oby jeszcze bardziej udany.

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-06-13
Kurier Lubelski



 

Mistrzowski "Damski wieczór" w Muzycznym

Od początku roku melomani co miesiąc mieli okazję do spotkań z artystami Teatru Muzycznego w cyklu kameralnych koncertów. Wszystko, co dobre, ma jednak swój koniec i oto w minioną niedzielę odbyliśmy ostatnie takie spotkanie. Gwiazdami były tym razem panie: Renata Drozd - sopran i Katarzyna Sałacińska - mezzosopran, które przygotowały koncert pt. "Damski wieczór".
Właściwie każdy z utworów składających się na program koncertu zasługuje na odrębne omówienie, wszystkie bowiem zostały wykonane - nie zawaham się użyć tego słowa - po mistrzowsku. Sałacińska szczególnie dobre wrażenie zrobiła we fragmencie z opery "Werter" Masseneta oraz arii Dorabelli z "Cosi fan tutte" Mozarta. Zwłaszcza ta pierwsza, nie tyle efektowna, co niezwykle wymagająca technicznie pokazała, jak duży jest artystyczny potencjał tej bardzo jeszcze młodej śpiewaczki. Warto uważnie śledzić rozwój jej kariery scenicznej.

Kariera i pozycja Renaty Drozd jest już ugruntowana, zatem można było oczekiwać poziomu najwyższego. Jednak to, co zaprezentowała, przerosło wszelkie oczekiwania. Już w otwierających koncert pieśniach Chopina i Dvořaka pokazała nie tylko kunszt wokalny próby najwyższej, lecz także - jak swoimi interpretacjami potrafi pięknie budować nastrój. I w każdym kolejnym wyjściu na scenę wspaniale to potwierdzała. Fantastyczne było wykonanie arii "Vissi d'arte, vissi d'amore", jednego z najpiękniejszych fragmentów opery "Tosca", sięgające wręcz do najgłębszych pokładów wrażliwości słuchaczy. A przy kołysance "Summertime" z "Porgy and Bess" Gershwina niemal fizycznie można było odczuć klimat amerykańskiego Południa. Te dwie arie zamieniła Renata Drozd w pyszne, jednoosobowe miniatury sceniczne, które bardzo długo pozostaną w pamięci. A "bonusem" były duety nie tylko świetnie brzmiące (głosy artystek wydają się być stworzone do wspólnego śpiewania), lecz także znakomicie poprowadzone aktorsko.

"Damski wieczór" był ostatnim z cyklu spotkań z gwiazdami, ale przed nami jeszcze postscriptum. Teatr Muzyczny na Noc Kultury przygotowuje koncert z najlepszymi fragmentami owych sześciu wieczorów.

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-06-01 10:46:47
Kurier Lubelski



 

Weekend pełen muzyki i serca w Muzycznym

Rozpoczęty w styczniu cykl kameralnych spotkań z gwiazdami Teatru Muzycznego zbliża się do finału. Oprócz tego: spotkanie z Chopinem.
Przed tygodniem bohaterami koncertu byli panowie, w tę niedzielę zaś czeka nas "Damski wieczór".

Do wybrania się na ten koncert wypada zachęcić szczególnie, bowiem obydwie solistki, które go przygotowały - Renata Drozd (sopran) oraz Katarzyna Sałacińska (mezzo- sopran) - zbyt rzadko pojawiają się na scenie w bieżącym repertuarze. Renatę Drozd możemy wprawdzie oglądać i słuchać w telewizyjnych programach Waldemara Malickiego, ale to jednak nie to samo co występ na żywo. Tym bardziej że program niedzielnego koncertu jest zróżnicowany i nader atrakcyjny. Znajdą się w nim pieśni Chopina, Moniuszki i Dvořaka; arie i duety z oper "Cosi fan tutte" Mozarta, "Carmen" Bizeta, "Rusałka" Dvořaka, "Werther" Masseneta, "Gianni Schicci" Pucciniego, "Lakme" Delibesa, "Porgy and Bess" (słynna przepiękna kołysanka "Summertime") Gershwina oraz "Opowieści Hoffmanna" Offenbacha, a także piosenki z mu- sicalu "West Side Story" Leonarda Bernsteina. Można więc rzec, iż artystki tak dobrały repertuar, aby zaspokoić rozmaite gusta muzyczne. Solistkom przy fortepianie będzie towarzyszyć Karolina Hordyjewicz, która we wszystkich koncertach rewelacyjnie sprawdza się w roli akompaniatorki.
Na koncertach w Muzycznym zbierane będą dary dla powodzian

Ale w ten weekend do Teatru Muzycznego warto się wybrać nie tylko w niedzielny wieczór. Już dziś, w piątek, o godz.18, Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej Gaudium zaprasza na spektakl na podstawie poematu dramatycznego Romana Brandstaettera "Pieśń o życiu i śmierci Chopina" w reżyserii Anny Osławskiej, połączony z promocją książki prof. Mieczysława Tomaszewskiego "Chopin. Fenomen i paradoks".

W kasie Teatru Muzycznego są do nabycia za dobrowolną opłatą wejściówki, z których ofiara zostanie przekazana na rzecz Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych im. Róży Czackiej w Laskach.

Teatr Muzyczny włączył się również w akcję
pomocy dla powodzian. Na spektaklach "Mały Czarodziejski flet" 30 maja oraz 1 i 2 czerwca będzie prowadzona zbiórka zabawek dla dzieci z okolic Kazimierza Dolnego, najciężej doświadczonych przez powódź. Dyrekcja i artyści liczą na hojność widzów, do której i my zachęcamy.

Piątek
Pieśń o życiu i śmierci Chopina
Teatr Muzyczny
godz. 18.00

Niedziela
Damski wieczór
Teatr Muzyczny
godz. 17.00

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-05-28
Kurier Lubelski



 

Recenzja: Świetna Julia w Teatrze Muzycznym

Niedzielny koncert, czwarty z cyklu kameralnych spotkań z gwiazdami Teatru Muzycznego, zaprezentował słuchaczom troje solistów lubelskiej sceny muzycznej. Nie chcę zagłębiać się w analizowanie słuszności użycia miana "gwiazda"; przyjmijmy, że gwiazdy były trzy. Ale prawdziwa bohaterka wieczoru - tylko jedna: Julia Iwaszkiewicz.

Julię Iwaszkiewicz po raz pierwszy zobaczyłem i usłyszałem jako Violettę Valery w pierwszym spektaklu "Traviaty" zagranym w siedzibie teatru. Wrażenia były jak najlepsze. W recenzji chwaliłem zarówno jej śpiew, jak i umiejętności aktorskie. Na niedzielny koncert szedłem zatem z dużymi oczekiwaniami, ale to, co usłyszałem przerosło owe oczekiwania. Można się było przekonać, że partia Violetty pokazała jedynie cząstkę możliwości śpiewaczki, które są nieskończenie większe. Już pierwsze jej wyjście na scenę z arią Gildy z "Rigoletta" pokazało, że można oczekiwać uczty. Co niebawem zostało potwierdzone jej duetem z tej samej opery wykonanym z Kamilem Pękalą. A kulminacja nastąpiła w drugiej części koncertu.

Zaryzykuję twierdzenie, że Julia Iwaszkiewicz należy do tego rzadkiego rodzaju artystów, którzy są tym lepsi, im trudniejszy jest materiał, z jakim się mierzą. Dowiodła tego arią Zerbinetty z opery "Ariadna na Naxos" Richarda Straussa, jedną z najtrudniejszych partii sopranowych w całej literaturze operowej. Było to wykonanie fantastyczne, wręcz porywające; godne największych scen, być może nie tylko polskich. Dotychczas tylko raz w lubelskim teatrze - za sprawą arii "Mon coeur s'ouvre a ta voix" w wykonaniu Elżbiety Kaczmarzyk-Janczak - doznałem  podobnych  przeżyć. A przecież nie był to jeszcze
koniec. Oto bowiem w chwilę później Julia Iwaszkiewicz zaśpiewała arię Olimpii z "Opowieści Hoffmanna", która w jej wykonaniu stała się pyszną miniaturą wokalno-aktorską. Tego się nie da opisać; trzeba to było zobaczyć i usłyszeć. Szkoda, że takie okazje mamy tak rzadko.

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-05-17
Kurier Lubelski



 

Opera: Starzy mistrzowie, młode wykonanie

Publiczność Teatru Muzycznego zdążyła już się przyzwyczaić do comiesięcznych kameralnych spotkań z jego gwiazdami. Z powodu żałoby narodowej po katastrofie pod Smoleńskiem odwołany został koncert kwietniowy, ale teraz melomanów czeka prawdziwy wokalny maraton. Spotkania z gwiazdami Teatru Muzycznego będą się odbywać we wszystkie pozostałe majowe niedziele.

Pierwsze z owych spotkań zostało zaplanowane już na ten weekend, a usłyszymy aż troje solistów. W niedzielę w koncercie zatytułowanym "Starzy mistrzowie w młodym wykonaniu" wystąpią: Julia Iwaszkiewicz - sopran, Kamil Pękala - baryton oraz Andrzej Wiśniewski - tenor. Cała trójka należy do najmłodszej generacji artystów Muzycznego, ale wszyscy już mocno zaznaczyli swoją obecność na lubelskiej scenie muzycznej. Mnie szczególnie zapadła w pamięć Julia Iwaszkiewicz jako znakomita Violetta Valery w pierwszym spektaklu "Traviaty" zagranym w siedzibie teatru.

W niedzielnym koncercie artyści zaprezentują się w repertuarze, jakiego na co dzień nie wykonują na macierzystej scenie. Usłyszymy arie i duety z oper Haendla ("Juliusz Cezar"), Verdiego ("Rigoletto" i "Don Carlos"), Pucciniego ("Tosca" i "Cyganeria"), Donizettiego ("Napój miłosny"), Czajkowskiego ("Eugeniusz Oniegin"), Offenbacha ("Opowieści Hoffmanna") oraz Richarda Straussa ("Ariadna na Naxos"), a także pieśni Karłowicza, Maklakiewicza i Rachmaninowa. Lekką muzę będzie reprezentować aria "Twoim jest  serce me" z "Krainy uśmiechu" Lehara oraz duet "Ach jedź do Varasdin" z "Hrabiny Maricy" Kalmana.

Śpiewakom będzie towarzyszyć przy fortepianie Karolina Hordyjewicz.

Niedziela, Spotkanie z gwiazdą, Teatr Muzyczny, g. 17, bilety 10-30 zł

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-05-13
Kurier Lubelski



 

Recenzja: Wystawnie i zabawnie

Zapowiadając premierę "Hrabiego Luxemburg" w Teatrze Muzycznym napisałem, że ta inscenizacja operetki Franza Lehara może zaskoczyć. Tych zwłaszcza widzów, którzy oczekiwali wierności oryginalnemu librettu. W oryginale akcja rozgrywa się w latach 1909-1910, ale Tomasz Janczak, reżyser spektaklu, przeniósł ją w lata niemieckiej okupacji Francji. Miało to - jego zdaniem - podkreślić rys postaci komediowych i dodać intrydze wyrazistości. Wyznaję, że jestem nadzwyczaj ostrożny (by nie powiedzieć wręcz: nieufny) wobec takich zabiegów; zbyt wiele bowiem widziałem realizacji uwspółcześnianych i modernizowanych "na siłę", bez sensu, a czasem nawet wbrew niemu.

Tym razem jednak ów reżyserski zabieg w pełni się powiódł i sprawdził. Nawiązania do okupacyjnej rzeczywistości są wystylizowane, pozbawione dosłowności. Ta stylizacja rzeczywiście dodaje wyrazistości, a co więcej - wyzwala inwencję realizatorów w stopniu zgoła nieoczekiwanym. Dla przykładu - oficerki do frakowej marynarki księcia Engerlinga to pomysł nieodparcie zabawny, który wręcz chce się smakować. Należy więc docenić inscenizacyjny zamysł Janczaka, a chyba także jego odwagę, albowiem niemartyrologiczne spojrzenie na lata II wojny światowej wciąż jest u nas rzadkością.

Wielkie słowa uznania należą się zresztą wszystkim realizatorom. Lubelski "Hrabia Luxemburg" jest bowiem spektaklem, w którym wszystkie elementy współgrają nadzwyczaj harmonijnie. Jacek Boniecki świetnie przygotował cały zespół do wykonania wyjątkowo trudnej - jak na operetkę - muzyki, a scenografia Małgorzaty Słoniowskiej zaskakuje wystawnością, od której chyba trochę odwykliśmy. Ale szczególnej uwadze polecam choreografię Iwony Runowskiej. Trzy sceny par excellence baletowe zaskakują odmiennością charakteru i technicznym bogactwem, a jej rękę widać także w całym ruchu scenicznym. Mam nadzieję, że nie będzie to jedyna praca pani Iwony w lubelskim teatrze.

Spośród wykonawców bardzo dobre wrażenie robi para głównych bohaterów - tytułowy hrabia Rene i Angele Didier - w wykonaniu Tomasza Janczaka i Joanny Horodko. Oboje bardzo dobrze śpiewają, a przy tym prezentują dyskretne, wysmakowane aktorstwo, pozbawione typowych operetkowych póz. Wielką siłę komiczną prezentują Andrzej Witlewski w roli  księcia Engerlinga oraz Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak (a także dublująca ją Krystyna Szydłowska) jako hrabina Kokozow. Mieszane uczucia wzbudziła we mnie jedynie Karolina Gorgol-Zaborniak (Juliette Vermont), której słuchałem z dużą przyjemnością, ale jej aktorstwo pozostawiło mi uczucie niedosytu.

Wszystko to sprawia, że lubelskiego "Hrabiego Luxemburga" należy uznać za jedną z najlepszych w ostatnich sezonach operetkowych realizacji, którą z pełnym przekonaniem mogę polecić publiczności.

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-05-09
Kurier Lubelski



 

Hrabia podróżuje w czasie 

Ta premiera Teatru Muzycznego miała się odbyć przed trzema tygodniami. Tragiczna katastrofa pod Smoleńskiem i ogłoszona w związku z nią żałoba narodowa spowodowały jednak - co oczywiste - jej przełożenie. Zatem dopiero w ten weekend zobaczymy i usłyszymy "Hrabiego Luxemburga", jedną z najlepszych operetek Franza Lehara. Oczywiście, spektakl był już gotowy w planowanym, kwietniowym terminie, ale owo przesunięcie daty premiery z pewnością dało realizatorom i wykonawcom czas na dodatkowe jego "doszlifowanie". A to może być nie bez znaczenia. "Hrabia Luxemburg" to bowiem dzieło niełatwe, wymagające od całego zespołu bardzo dużych umiejętności.

Być może właśnie ta wysoko zawieszona poprzeczka wymagań sprawiła, że tej operetki nie ma obecnie w repertuarze żaden teatr w Polsce. Reżyser spektaklu Tomasz Janczak jest jednak przekonany, że zespół lubelskiego teatru jest w stanie sprostać temu wyzwaniu.

Zaskoczeniem natomiast może być inscenizacja dzieła. W oryginalnym libretcie akcja rozgrywa się w latach 1909-1910, ale my zobaczymy ją przeniesioną w lata niemieckiej okupacji Francji, co - zdaniem reżysera - ma podkreślić rys postaci komediowych i dodać prowadzonej intrydze wyrazistości. Z jakim skutkiem - przekonamy się już dziś.

Najnowsza inscenizacja "Hrabiego" jest trzecią lubelską realizacją; poprzednia miała premierę w czerwcu 1975 roku. Jako ciekawostkę możemy odnotować, że zobaczymy jednego artystę, który występował w tamtej realizacji - to Marian Josicz, który przed 35 laty zagrał rolę Armanda Brissarda, a teraz wcieli się w postać Klingela. A w rolach głównych zobaczymy i usłyszymy całą czołówkę solistów Teatru Muzycznego.

Jako Angela Didier będą występować Renata Drozd, Dorota Laskowiecka i Joanna Horodko, która zagra również Julię Vermont na zmianę z Karoliną Gorgol-Zaborniak. W postać tytułową wcielą się Tomasz Janczak i Andrzej Wiśniewski, Armanda Bris-sarda zagrają Kamil Pękala i Jarosław Cisowski, a hrabinę Kokozow - Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak oraz Krysty-na Szydłowska. Dodajmy, że kierownictwo muzyczne sprawuje Jacek Boniecki, sceno-grafia i kostiumy są dziełem Małgorzaty Słoniowskiej, a choreografia - Iwony Runowskiej.

Piątek-niedziela, Hrabia Luxemburg, Teatr Muzyczny, g. 18 (pt-sob), g. 17 (niedz)

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-05-07
Kurier Lubelski



 

W Teatrze Muzycznym: Hrabia Luxemburg

Teatr Muzyczny w Lublinie będzie jedyną polską sceną ze słynną operetką "Hrabia Luxemburg” w repertuarze. Premiera w piątek (7.05). Nowa lubelska inscenizacja znakomitej operetki Franza Lehara miała mieć premierę 16 kwietnia, ale przełożono ją z powodu żałoby narodowej.

Główny bohater dzieła to zrujnowany finansowo, ale pełny pozytywnej energii arystokrata Rene Luxemburg. Pewnego dnia dostaje niezwykłą propozycję, której przyjęcie pozwoliłoby mu odkuć się. Zakochany w pannie z niższych sfer książę Bazyli Bazylewicz prosi hrabiego o przysługę, która pozwoliłaby mu poślubić wybrankę bez mezaliansu. Najpierw ożeniłby się z nią Luxemburg, a po trzech miesiącach rozwiódłby się zostawiając ją jako hrabinę. Za użyczenie rodowego nazwiska oferuje pół miliona franków.

Libretto Alfreda Marii Willnera i Roberta Bodanzky'ego, nasycone erotyką, dowcipem i beztroską atmosferą Paryża początku XX wieku, Lehar ozdobił bardzo atrakcyjną, pełną inwencji melodycznej muzyką. Z "Hrabiego Luxemburga” pochodzą przeboje "Właśnie Ty spełń me sny...”, "W lewo Ty, w prawo ja...”, "W piękny świat idziemy rozmarzeni” i "Czy to Ty szczęście me...”.

Operetka, w oryginale zatytułowana "Der Graf von Luxemburg”, miała premierę w 1909 roku w Wiedniu i była drugim dużym sukcesem Lehara po "Wesołej wdówce” ("Die lustige Witwe”, 1905). Polska premiera odbyła się w 1947 roku w Teatrze Komedii Muzycznej "Lutnia” w Łodzi. Na lubelskiej scenie muzycznej "Hrabia Luxemburg” był wystawiany w 1957 i 1975 roku. Ostatnią polską inscenizację zrealizował w 1999 roku Teatr Muzyczny w Poznaniu. Obecnie operetki nie ma w repertuarze żadna scena w naszym kraju. Teatr Muzyczny w Lublinie będzie od piątku jedynym miejscem w Polsce, w którym miłośnicy podkasanej muzy będą mogli zobaczyć dzieło Lehara.

"Hrabiego Luxemburga” reżyseruje Tomasz Janczak. Kierownictwo muzyczne sprawuje Jacek Boniecki. Za scenografię odpowiada Małgorzata Słoniowska. Choreografię ustawia Iwona Runowska. Chór przygotowuje Agnieszka Tyrawska-Kopeć. Premierowe przedstawienie zaplanowano na 7 maja na godz. 18. Bilety na nie kosztują 80 zł (I miejsca) i 70 zł (II miejsca). Kolejny spektakl odbędzie się 8 maja o godz. 17. Ceny biletów: 50 zł (normalne, I miejsca), 45 zł (normalne, II miejsca), 40 zł (ulgowe, I miejsca) i 35 zł (ulgowe, II miejsca). Do kupienia w kasie teatru, ul. Skłodowskiej 5.

Bilety zakupione na pierwotne terminy będą ważne na nowe daty.

Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
04.05.2010



 

Koncert ku czci ofiar smoleńskiej katastrofy, muzycy Teatru Muzycznego i lubelskie chóry, archikatedra lubelska, 17.04.10

Szkoda, że tak późno, ale dobre i to – można powiedzieć po sobotnim koncercie w lubelskiej archikatedrze dedykowanym ofiarom smoleńskiej katastrofy.

Dziwne, że dopiero w siódmym dniu po tym wstrząsającym wydarzeniu lublinianie mieli okazję posmucić się publicznie przy muzyce na żywo. Zastanawiające, że żadni tutejsi muzycy – ani klasycy, ani jazzmani, ani rockmani, ani folkowcy – nie zdecydowali się wcześniej wyrazić publicznie swojego bólu swoim artystycznym językiem.

Oczywiście, niektórych taka tragedia obezwładnia. Ale przecież ludzie mają rozmaite psychiki, więc muszą być i tacy, których pobudza do aktywności. I rzeczywiście – w feralną sobotę muzycy lubelskiej grupy Miąższ wraz z członkami zespołu Pogodno, którzy zostali w Lublinie po piątkowym koncercie w Teatrze Andersena, chcieli dać specjalny, improwizowany koncert "Lecha pamięci żałobny rapsod”.

Niestety, do zrealizowania swej inicjatywy wystąpienia w elegijnym klimacie nie mogli znaleźć odpowiedniego publicznego miejsca. Udostępniono im Przestrzeń Działań Twórczych "Tektura”, ale nie chcieli w niej zagrać, bo panował tu zbyt rozrywkowy nastrój. Nie dostali zgody na koncert w Warsztatach Kultury. W końcu poimprowizowali sobie na gruncie prywatnym.

Żałoba narodowa została w Lublinie zrozumiana przez niemal wszystkich organizatorów i artystów jako zakaz jakichkolwiek występów. A szkoda, bo przecież przy muzyce można się pięknie wspólnie posmucić i mądrze zadumać nad życiem i śmiercią.

Jest wiele kompozycji żałobnych, czyli stworzonych na takie okazje. Są pieśni patriotyczne. Artyści mogą napisać nowe elegijne utwory. Eschatologiczne słowa i molowe tonacje mogłyby na przykład adekwatnie zabrzmieć przed Ratuszem obok zdjęć ofiar wypadku.

Tak jak kiedyś na pogrzebie Kazimierza Grześkowiaka poruszająco zabrzmiała w wykonaniu lubelskich bardów jego pieśń "W południe”. I tak jak ostatnio zabrzmiały przed Pałacem Prezydenckim pieśni patriotyczne śpiewane przez chór z Trąbek Wielkich i grane przez Górniczą Orkiestrę Dętą "Bytom”.

Więc dobrze, że znalazła się przynajmniej jedna instytucja, która zdecydowała się przerwać lubelską ciszę. Krzysztof Kutarski, Tomasz Janczak i Jacek Boniecki z Teatru Muzycznego zorganizowali sobotni koncert w archikatedrze, podczas którego zabrzmiało Requiem d-moll KV 626 Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Dyrygował ze znawstwem Jacek Boniecki. Wspaniale śpiewali soliści i chóry, znakomicie grała orkiestra Teatru Muzycznego. Problem w tym, że w ósmym dniu żałoby lublinianie najwyraźniej nie mieli już potrzeby gromadzenia się wokół tego smutnego tematu. I mimo że artyści zajęli połowę głównej nawy, w świątyni tłoku nie było. A wielkie ekrany przed nią okazały się zupełnie zbyteczne.

18-04-2010
Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni



 

Sobota w archikatedrze: requiem dla zmarłych w katastrofie

Ta kompozycja miała w zamyśle być requiem dla trzech osób - zamawiającego dzieło niemieckiego hrabiego Franza Walsegg-Stupacha, jego żony Anny i samego twórcy, czyli W.A. Mozarta. Ale w sobotę w archikatedrze lubelskiej wspaniałe Requiem d-moll (KV 626) będzie mszą żałobną dla 96 ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem.
"Requiem..." otoczone jest legendą i do tej pory rozpala umysły wszystkich muzykologów. Dzieło pozostawia wiele niedopowiedzeń: zostało napisane przez kompozytora na łożu śmierci, a na prośbę żony Mozarta dokończone przez jego ucznia, Franza Süssmayra. Ale wciąż trwają spory o to, ile do dzieła wniósł uczeń, a ile mistrz. Istnieje mit, wedle którego w komponowaniu udział wziął Antonio Salieri, uznawany za wroga Amadeusza (o tym m.in. opowiadają słynna sztuka i film "Amadeusz"). Wedle podań ustnych Mozart śpiewając z przyjaciółmi-śpiewakami trzecią część dzieła, czyli"Lacrimosa dies illa" z "Sequentii", wybuchł płaczem. Mówi się też, że genialny artysta pozostawił żonie wyraźne notatki, wyjaśniające, jak należy dokończyć kompozycję.

Na pewno jednak można stwierdzić, że samo zamówienie dzieła, przez von Walsegga było niezwykłe: Amadeusz do końca nie wiedział dla kogo komponuje - hrabia do końca chciał pozostać anonimowy, żeby później sobie przypisać autorstwo.

Niezależnie od faktów i mitów, "Requiem" stało się najpopularniejszym utworem pogrzebowym wszech czasów. Grano je na pogrzebie Chopina, Haydna, dla uczczenia ofiar zamachu na World Trade Center, a teraz dla ofiar wypadku rządowego samolotu RP.

Nie zabrzmiało tylko na pogrzebie Mozarta.

Wykonawcy: Orkiestra Teatru Muzycznego, soliści: Tomasz Janczak, Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, Grzegorz Szostak i Dorota Laskowiecka oraz Chór Teatru Muzycznego, Chór Akademicki UMCS, Chór KUL, Chór Uniwersytetu Medycznego, Chór Akademicki Uniwersytetu Przyrodniczego, Akademicki Chór Politechniki Lubelskiej, Chór Kameralny Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego i Chór Instytutu Muzyki UMSC

Sobota, archikatedra lubelska, godz. 20.40, wstęp wolny

PAF
2010-04-14
Kurier Lubelski



 

Teatr Muzyczny: Kameralny męski wieczór

Na kolejny koncert z cyklu kameralnych spotkań ze swoimi gwiazdami Muzyczny zaprasza w niedzielę. W programie pod tytułem "Męski wieczór" wystąpią dwaj czołowi soliści tej sceny - tenor Tomasz Janczak oraz bas/baryton Grzegorz Szostak.
Po koncercie z ubiegłego miesiąca, w programie którego królowały wspomnienia, a repertuar składał się z wielkich przebojów, doskonale znanych i bardzo lubianych, soliści teatru ponownie zwracają się ku - by tak rzec - wyższym rejonom sztuki. Powracają do głównego założenia całego cyklu, czyli prezentowania się w repertuarze wykraczającym poza ten, który wykonują na co dzień. A tym razem owo przekroczenie będzie wyjątkowo wyraźne. Większość przygotowanych na tę okazję utworów nigdy nie była wykonywana na scenie lubelskiego Teatru Muzycznego.

Pierwszą część koncertu wypełni muzyka operowa. Usłyszymy arie z dzieł najwybitniejszych: "Eugeniusza Oniegina" i "Damy pikowej" Piotra Czajkowskiego, "Nabucca" Giuseppe Verdiego, "Opowieści Hoffmana" Jacques'a Offenbacha, "Pa-jaców" Ruggiera Leoncavalla, "Wolnego strzelca" Carla Marii von Webera oraz "Walkirii" , czyli drugiej części tetralogii "Pierścień Nibelunga" Richarda Wagnera.

Po przerwie natomiast zabrzmią pieśni Franza Schuberta, Richarda Straussa, Modesta Musorgskiego i Mieczysława Karłowicza. Solistom będzie przy fortepianie towarzyszyć Karolina Hordyjewicz. Artystka nie powinna się jednak czuć osamotniona, bowiem - choć to wieczór męski - koncert poprowadzi jak zwykle Dorota Gonet, dziennikarka Radia Lublin.

Ale nie tylko wokalistyka znajdzie się w programie niedzielnego wieczoru. Cykl iczne kameralne koncerty to również okazja do zaprezentowania niektórych muzyków z orkiestry Teatru Muzycznego, nie znanych "z twarzy" nawet najbardziej stałym bywalcom, bowiem na co dzień zasiadającym w orkiestronie. W niedzielę poznamy trzech z nich: skrzypka Marcina Króla, wiolonczelistę Szymona Krzemienia oraz pianistę Grzegorza Siedlaczka. W pierwszej części koncertu wykonają Trio fortepianowe a-moll op. 5 Johannesa Brahmsa, a w części drugiej - Trio fortepianowe D-dur op. 70 "Geister Trio" Ludwiga van Beethovena.

Niedziela, Koncert kameralny, Teatr Muzyczny, godz. 17, bilety 20-30 zł

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-04-09
Kurier Lubelski



 

Hrabia Luxemburg w Teatrze Muzycznym

Inscenizację znakomitej operetki Franza Lehara "Hrabia Luxemburg” przygotowuje Teatr Muzyczny w Lublinie. Premiera 16 kwietnia.

Główny bohater operetki to zrujnowany finansowo, ale pełny pozytywnej energii arystokrata Rene Luxemburg. Pewnego dnia dostaje niezwykłą propozycję, której przyjęcie pozwoliłoby mu odkuć się.
Zakochany w pannie z niższych sfer książę Bazyli Bazylewicz prosi hrabiego o przysługę, która pozwoliłaby mu poślubić wybrankę bez mezaliansu. Najpierw ożeniłby się z nią Luxemburg, a po trzech miesiącach rozwiódłby się zostawiając ją jako hrabinę. Za użyczenie rodowego nazwiska oferuje pół miliona franków.

Libretto Alfreda Marii Willnera i Roberta Bodanzky'ego, nasycone erotyką, dowcipem i beztroską atmosferą Paryża początku XX wieku, Lehar ozdobił bardzo atrakcyjną, pełną inwencji melodycznej muzyką. Z "Hrabiego Luxemburga” pochodzą przeboje "Właśnie Ty spełń me sny...”, "W lewo Ty, w prawo ja...”, "W piękny świat idziemy rozmarzeni” i "Czy to Ty szczęście me...”.

Operetka, w oryginale zatytułowana "Der Graf von Luxemburg”, miała premierę w 1909 roku w Wiedniu i była jego drugim dużym sukcesem po "Wesołej wdówce” ("Die lustige Witwe”, 1905). Polska premiera odbyła się w 1947 roku w Teatrze Komedii Muzycznej "Lutnia” w Łodzi.

Na lubelskiej scenie muzycznej "Hrabia Luxemburg” był wystawiany w 1957 i 1975 roku. Ostatnią polską inscenizację zrealizował w 1999 roku Teatr Muzyczny w Poznaniu. Obecnie operetki nie ma w repertuarze żadna scena w naszym kraju. Teatr Muzyczny w Lublinie będzie od 16 kwietnia jedynym miejscem w Polsce, w którym miłośnicy podkasanej muzy będą mogli zobaczyć dzieło Lehara.

"Hrabiego Luxemburga” reżyseruje Tomasz Janczak. Kierownictwo muzyczne sprawuje Jacek Boniecki. Za scenografię odpowiada Małgorzata Słoniowska. Choreografię ustawia Iwona Runowska. Chór przygotowuje Agnieszka Tyrawska-Kopeć.

Premierowe przedstawienie rozpocznie się o godz. 18. Bilety na nie kosztują 80 zł (I miejsca) i 70 zł (II miejsca). Kolejne spektakle odbędą się 17 kwietnia o godz. 18, 25 kwietnia o godz. 17, 7 maja o godz. 18, 8 maja o godz. 18 i 9 maja o godz. 17. Ceny biletów: 50 zł (normalne, I miejsca), 45 zł (normalne, II miejsca), 40 zł (ulgowe, I miejsca) i 35 zł (ulgowe, II miejsca). Do kupienia w kasie teatru, ul. Skłodowskiej 5.

07-04-2010
Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni



 

Chmielarczyk, patron na Dzień Teatru

Tegoroczny Międzynarodowy Dzień Teatru jest w Lublinie obchodzony z większym rozmachem niż w latach minionych. Szczególny charakter będzie miała zwłaszcza uroczystość w Teatrze Muzycznym. Od czwartku jego sala widowiskowa będzie nosić imię Andrzeja Chmielarczyka, który lubelską sceną muzyczną kierował przez 33 sezony, co jest rzeczą bez precedensu w dziejach polskiego teatru.
Taką formę uhonorowania Dyrektora chwali Henryk Ryszard Żuchowski-Zarewicz, który z Andrzejem Chmielarczykiem znał się od dzieciństwa. Już w latach 30. ubiegłego wieku jako mali chłopcy bawili się za kulisami Teatru Miejskiego w Toruniu, w którym pracowali ich rodzice. Potem spotkali się w łódzkiej "Filmówce", by w końcu w Lublinie przepracować razem ponad ćwierć wieku. - Źle się czuł w gabinecie, to nie był jego dom - wspomina Żuchowski. - Urzędował więc tylko tyle, ile wymagały od niego obowiązki. Bardzo lubił, gdy któryś z kolegów przerywał dyrektorską nudę. Był aktorem, więc najlepiej czuł się na scenie, na jej zapleczu i w garderobie.

- Dla pracujących w teatrze artystów bardziej niż szefem był kolegą, a nawet przyjacielem. - Andrzej był człowiekiem, który kochał i rozumiał teatr i aktorów - mówi Marian Josicz, w Teatrze Muzycznym występujący od 1961 roku. - Dobry dyrektor powinien do każdego aktora znaleźć własny "kluczyk". Nie każdy to potrafi, a Andrzej się udawało. Za jego czasów teatr był wielką rodziną, którą stworzył i potrafił do końca utrzymać. Żal mi, że nie ma już takich ludzi.

Potwierdza to Krystyna Szydłowska, którą Chmielarczyk zatrudnił w 1980 roku: - Nigdy nie zapomnę, jak powierzając mi - a był to mój debiut na lubelskiej scenie - główną rolę Dziewanny w "Dzwonach z Corneville" mruknął: "Aaa, niech się topi…". Od razu wyczuł, że jestem osobą, która najostrzej bierze się do pracy, gdy ktoś we mnie wątpi; znalazł ten "kluczyk". I nie wstydzę się powiedzieć, że przez wszystkie lata mojej pracy dyrektor Chmielarczyk był dla mnie naprawdę jak ojciec.

Moich rozmówców z pewnością nie zabraknie na czwartkowej uroczystości, której program zapowiada się ciekawie. W jej trakcie sponsorzy i przyjaciele placówki otrzymają symboliczne "Filary Teatru Muzycznego". Odbędzie się również promocja najnowszej książki Henryka Ryszarda Żuchowskiego pt. "Gabinet i scena Andrzeja Chmielarczyka" oraz krótka część artystyczna.

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-03-25
Kurier Lubelski



 

Uhonorują legendarnego dyrektora 

Wielkanoc w roku 2005 miała być dla ludzi teatru świętem podwójnym - właśnie w Wielką Niedzielę przypadał Międzynarodowy Dzień Teatru. Owo podwójne święto nie jest jednak wspominane z radością.
W Poniedziałek Wielkanocny, 28 marca 2005 roku, zmarł Andrzej Chmielarczyk, były wieloletni dyrektor Teatru Muzycznego, człowiek-legenda lubelskiego środowiska teatralnego.

W tym roku, w piątą rocznicę śmierci dyrektora, zespół Teatru Muzycznego postanowił uczcić jego pamięć. 25 marca jego imieniem zostanie nazwana sala widowiskowa teatru, a w foyer zawiśnie pamiątkowa tablica. To chyba najlepszy sposób upamiętnienia Dyrektora, który w ogromnym stopniu przyczynił się do tego, że Teatr Muzyczny w ogóle w Lublinie przetrwał. A scenę i widownię zawsze bardziej wolał od dyrektorskiego gabinetu.

Andrzej Chmielarczyk kierował lubelską sceną muzyczną od 1 lutego 1969 do 31 sierpnia 2001 roku. W dyrektorskim - nie zawsze wygodnym - fotelu spędził zatem 33 sezony, co jest absolutnym rekordem Polski. A w lubelskim Teatrze Muzycznym ten fotel był niewygodny szczególnie. Placówka bowiem od początku istnienia nie miała własnej siedziby, a przyszedł nawet taki czas, że całkiem realna była groźba jej zamknięcia. Andrzej Chmielarczyk przeprowadził teatr przez najtrudniejszy okres całkowitej bezdomności, prowadził w czasach występów w Domu Kultury Kolejarza, by wreszcie wprowadzić do naprawdę własnej siedziby, w której występuje dziś.

W roku 2000, w trakcie jednego z wywiadów, jakie z nim przeprowadzałem, powiedział mi, że dzień pierwszej premiery na własnej scenie będzie dlań ukoronowaniem jego dyrektorowania. I tak się właśnie stało. 25 listopada 2000 roku, kiedy przy ul. Skłodowskiej 5 zabrzmiał pierwszy gong, nie było nikogo bardziej szczęśliwszego. Nazwanie tej sali je-go imieniem to - powtórzmy - najgodniejszy sposób upamiętnienia postaci Andrzeja Chmielarczyka i jego zasług dla teatru.

Zbliżająca się uroczystość związana jest z obchodami tegorocznego Międzynarodowego Dnia Teatru. O tym, co jeszcze Teatr Muzyczny zaplanował na swoje święto, napiszemy w odrębnej publikacji.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
2010-03-11



 

Weekend w Teatrze Muzycznym - "Skrzypek" rekordzista

O jednej z realizacji lubelskiego Teatru Muzycznego śmiało można powiedzieć: legendarna. To "Skrzypek na dachu", który w ten weekend (spektakle w sobotę i niedzielę) powraca na scenę po dwumiesięcznej przerwie.
Któż nie zna wielkich musicalowych przebojów, takich jak "Anatewka" i "Tradycja", a nade wszystko - najsłynniejszego z nich - "Gdybym był bogaczem"? Na lubelskiej scenie muzycznej po raz pierwszy zabrzmiały one w listopadzie 1994 roku, a więc ponad 15 lat temu. Właśnie wtedy odbyła się premiera musicalu Jerry'ego Bocka, w reżyserii Zbigniewa Czeskiego, pod kierownictwem muzycznym Lucjana Jaworskiego. Z fantastyczną kreacją Mariana Josicza w roli Tewjego. Od tego czasu "Skrzypek na dachu" przez cały czas pozostaje w repertuarze Teatru Muzycznego, co czyni zeń rekordzistę nie tylko na tej, ale w ogóle na lubelskiej scenie.

Oczywiście obsada spektaklu zmieniała się parokrotnie; jedni artyści odchodzili, a inni przychodzili na ich miejsce. Jeszcze inni zaś występują w innych rolach. Tu przykładem może być Krystyna Szydłowska, która przygodę ze "Skrzypkiem" zaczynała jako Cajtla, córka Tewjego, a teraz gra jego żonę, Gołdę. Znana z poczucia humoru artystka powiedziała kiedyś, że przed nią jest jeszcze jedna rola - ducha babki Gołdy.

Marian Josicz gra teraz rabina, choć moim zdaniem, raz na jakiś czas mógłby jeszcze zastąpić Marcina Żychowskiego w roli Tewjego, Josicz bowiem wciąż jest w formie wybornej. Z drugiej strony - nadal możemy oglądać Irenę Chodziakiewicz (swatka Jenta) i Andrzeja Sikorę (Lejzor Wolf), którzy swoje role grają nieprzerwanie od samej premiery.

Trzeba dodać, iż ta pokoleniowa wymiana odbywała się płynnie i nie naruszała delikatnej tkanki spektaklu. Należy przypuszczać, że publiczność to doceniła, bowiem "Skrzypek" po dziś dzień jest grany przy kompletach na widowni.

Sobota-niedziela, Skrzypek na dachu, Teatr Muzyczny, bilety 35-50 zł

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-03-19
Kurier Lubelski



 

"Wspomnień czar" - lekko, łatwo i przyjemnie

Teatr Muzyczny kontynuuje - zapoczątkowany w styczniu - cykl comiesięcznych, kameralnych spotkań ze swoimi gwiazdami. W niedzielę zaprasza na trzeci już koncert z tego cyklu.
Warto przypomnieć, że głównym celem tego bezprecedensowego w historii lubelskiej sceny muzycznej przedsięwzięcia jest zarówno bliższe przedstawienie solistów, jak też pokazanie rozległości ich repertuaru w utworach nie wykonywanych na co dzień.

Program niedzielnego koncertu zatytułowanego "Wspomnień czar" wypełni repertuar, który można określić jako lekki, łatwy i przyjemny. Zgodnie z tym, co zapowiada tytuł, przypomnimy sobie największe przeboje polskiego dwudziestolecia międzywojennego, takie jak m.in. "Powróćmy jak za dawnych lat", "Całuję twoją dłoń, madame", "Miłość ci wszystko wybaczy", czy "Zimny drań". To piosenki doskonale znane i niezmiennie bardzo lubiane, ale rzadko wykonywane przez artystów sceny muzycznej. Warto zatem posłuchać ich wersji. Ale to jeszcze nie wszystko. W programie koncertu nie zabraknie również piosenek z musicali "Kabaret", "My Fair Lady" i "Skrzypek na dachu", a nawet z operetki "Księżniczka czardasza" Emmericha Kalmana.

Tym razem wystąpi aż pięcioro śpiewaków: Małgorzata Rapa - sopran, Mariola Zagojska - sopran, Jarosław Cisowski - tenor, Paweł Stanisław Wrona - tenor oraz Marcin Żychowski - bas/baryton. Usłyszymy ich solo oraz w rozmaicie zestawionych duetach, a nawet tercetach.

A na finał cała piątka wykona słynną pieśń "Time to Say Goodbye", która często bywa ozdobą recitali i estradowych koncertów. Dodajmy, że śpiewakom będzie towarzyszyć przy fortepianie Alesia Aleksandrowicz. Powspominajmy zatem razem z nimi.

Niedziela, Wspomnień czar, Teatr Muzyczny, godz. 17.00, bilety 20-30 zł

Andrzej Z. Kowalczyk
2010-03-04
Kurier Lubelski



 

Carmen w Teatrze Muzycznym

Tylko dziś – w piątek, 12.02 – na scenie Teatru Muzycznego w roli Mikaeli wystąpi Urška Arlič Gololičič, słoweńska sopranistka o wielkiej urodzie, pięknej barwie głosu i magnetyzującej osobowości

Są cztery powody, żeby wybrać się dziś na "Carmen”: – Po pierwsze, spektakl będzie grany po francusku. Polski tekst widzowie zobaczą na telebimie. Po drugie, w partię Mikaeli wcieli się Urška Arlič Gololičič, lauretka Międzynarodowego Konkursu Sztuki Wokalnej im. Ady Sari. Po trzecie, spektakl "Carmen” ma jubileusz, dziś zagrany zostanie po raz pięćdziesiąty. Po czwarte, nowy plakat do słynnej opery jest świetny – wylicza Ewelina Szpecht z Teatru Muzycznego w Lublinie.

"Carmen” po francusku to nowość w Lublinie. Realizatorzy nie ukrywają, że to strzał w dziesiątkę. – Zaśpiewamy w oryginale. Tak śpiewa się opery na świecie – przekonuje Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, jedna z najlepszych mezzosopranistek w Polsce. Artystka występowała u boku Placida Dominga w "Die Walkirie” Wagnera, zbierała entuzjastyczne recenzje po "Aidzie” Verdiego w Deütsche Opern Am Rhein w Düsseldorfie. A dziś zagra uwodzicielską Carmen, która podbija serce sierżanta Don José, by po niedługim czasie porzucić go dla kochanka. Zdradzony żołnierz z rozpaczy zabija Cygankę.

Mikaelę, narzeczoną sierżanta, zagra Urška Arlič Gololičič. Lubelski występ pięknej Słowenki jest nagrodą w konkursie, podczas którego wykosiła konkurencję, zgarnęła nagrodę główną i największą ilość nagród pozaregulaminowych. Piękna śpiewaczka o niezwykłej barwie głosu i magnetycznej osobowości jest absolwentką Akademii Muzycznej w Ljubljanie.

O czym jest "Carmen”? Na placu przed fabryką cygar pełnią służbę żołnierze. Nadchodzi Mikaela, narzeczona sierżanta Don José. Dzwon fabryczny obwieszcza przerwę. Na plac wychodzą wszystkie pracownice. Jest wśród nich Cyganka Carmen, obiekt pożądania wszystkich mężczyzn w mieście. Na ich zaczepki odpowiada ognistą habanerą. Dostrzega Don José i daruje mu kwiat. Tak zaczyna się jedna z najsłynniejszych oper na świecie.

Opera Bizeta cieszy się popularnością do dziś. Postać Carmen uwodzi widzów na całym świecie. Autorom lubelskiej opery po mistrzowsku udało się zmieścić na niewygodnej i płytkiej scenie pełną rozmachu akcję, dziesiątki urodziwych dziewcząt, pięknie światłem rozmalować dekoracje i z wielkim smakiem muzycznie zilustrować dramat pięknej Carmen.

Waldemar Sulisz
Dziennik Wschodni
12-02-2010



 

Piękna Carmen

Rozpoczynjący się dziś weekend w Teatrze Muzycznym będzie przebiegał pod znakiem "Carmen".
Opera Bizeta właściwie nie wymaga specjalnych rekomendacji; to jedno z najpopularniejszych dzieł wielkiej sceny, zawsze chętnie słuchane i oglądane. A lubelska inscenizacja Waldemara Zawodzińskiego jest realizacją ze wszech miar udaną, ze znakomitą tytułową kreacją Elżbiety Kaczmarzyk-Janczak, którą będzie można podziwiać także teraz. W innej wersji. Opera Bizeta po raz pierwszy zabrzmi w Lublinie w oryginale, czyli w języku francuskim. A oper trzeba słuchać jednak w wersjach oryginalnych, bo tylko one oddają w pełni ich urodę.

W piątkowy wieczór niespodzianka - wystąpi słoweńska śpiewaczka Urška Arlič Gololičič, która wykona partię Micaeli. To artystka młoda, ale niezwykle utalentowana, o czym zaświadcza nagroda zdobyta na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Wokalnej im. Ady Sari.

A w niedzielę mały jubileusz: 50. przedstawienie opery Bizeta.

Piątek-niedziela, Carmen, Teatr Muzyczny, piąt.-sob. g. 18, niedz. g. 17

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
2010-02-12



 

Miłosny wieczór z Mozartem

Teatr Muzyczny kontynuuje - zapoczątkowany w styczniu - cykl kameralnych spotkań ze swoimi gwiazdami. W niedzielę zaprasza na drugi koncert z tego cyklu. Przypomnijmy, że głównym celem tego bezprecedensowego w historii lubelskiej sceny muzycznej przedsięwzięcia jest zarówno bliższe przedstawienie solistów, jak też pokazanie rozległości ich repertuaru w utworach nie wykonywanych na co dzień. Przede wszystkim z wielkiej literatury operowej. Warto przy tym podkreślić, że koncerty owe mają charakter w pełni autorski; ich programy układali sami wykonawcy, bez jakiejkolwiek ingerencji ze strony dyrekcji.

Artystką, której przypadł zaszczyt otwarcia nowego cyklu, a zarazem niełatwe zadanie przetarcia szlaku dla koleżanek i kolegów, była Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak. I trzeba przyznać, że jej recital bardzo wysoko ustawił poprzeczkę oczekiwań. Zarówno jeśli chodzi o repertuar, jak i poziom jego interpretacji. Można z góry zakładać, że oczekiwania repertuarowe z pewnością zostaną zaspokojone również w tym drugim koncercie.

Jego program wypełnią wprawdzie utwory tylko jednego kompozytora, ale za to jakiego! W niedzielny wieczór w Teatrze Muzycznym zabrzmi muzyka samego Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Tym razem bohaterów wieczoru będzie aż czworo. W koncercie wystąpią: Karolina Gorgol-Zaborniak - sopran koloraturowy, Dorota Laskowiecka - sopran liryczny, Andrzej Witlewski - bas/ baryton oraz Patrycjusz Sokołowski - bas/baryton. Solistom będzie towarzyszyć przy fortepianie Karolina Hordyjewicz.

Taki zestaw wykonawców sprawia, że będziemy mogli wysłuchać nie tylko najpiękniejszych arii, ale również duetów z oper Wolfganaga Amadeusza Mozarta. W Teatrze Muzycznym usłyszymy więc popisowe fragmenty z "Wesela Figara", "Czarodziejskiego fletu", "Don Giovanniego" i "Uprowadzenia z seraju". A charakter owych arii i duetów określa tytuł koncertu - "Miłosny wieczór z Mozartem". Co nie dziwi, bo przecież walentynki tuż-tuż.

Niedziela, "Miłosny wieczór z Mozartem", Teatr Muzyczny, godz. 17, bilety 15-30 zł

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
2010-02-05 08:02:45



 

Śpiew unosi w przestworza

Wydawać by się mogło, że wszyscy, którzy chodzimy do Teatru Muzycznego, dobrze znamy jego solistów, ich repertuar i potencjał. I do pewnego stopnia tak jest. Dyrekcja teatru postanowiła jednak tę naszą wiedzę poszerzyć i wprowadziła nowy cykl comiesięcznych, kameralnych spotkań z gwiazdami zespołu. Pierwsze z owych spotkań odbyło się w miniony piątek.
Bohaterką tego wieczoru była Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak. O tym, że artystka jest jedną z najwybitniejszych polskich mezzosopranistek, a jej tytułowa rola w "Carmen" jest kreacją do podziwiania - wiadomo było z góry. Ale pozostało jeszcze olbrzymie pole do odkrywania jej możliwości. A program piątkowego koncertu pokazał, jak są one wielkie. Na pewno wrażenie robi rozległość jej repertuaru; od baroku po wiek XX. A także nienaganna technika, którą zaprezentowała już w otwierającej recital popisowej, koloraturowej arii "Jubilate o amaeni Chori" Vivaldiego. Jeszcze bardziej imponująca jest umiejętność budowania nastroju; bez środków aktorskich, kostiumu i partnerów (oprócz oczywiście akompaniującej pianistki - Karoliny Hordyjewicz); samym tylko głosem. A przywołała Kaczmarzyk-Janczak owych nastrojów szeroką gamę. Od tragizmu przepełniającego arię "Buss Und Reu" z "Pasji wg św. Mateusza" J. S. Bacha, poprzez dramatyzm pieśni "Die junge Nonne" Schuberta, uwodzicielskość seguidilli z I aktu "Carmen", aż po perlistą lekkość, która charakteryzuje twórczość Rossiniego, w arii z "Włoszki w Algierze".

Jednak szczyty kunsztu zaprezentowała śpiewaczka w arii "Mon coeur s'ouvre a ta voix" z opery "Samson i Dalila" Saint-Saënsa. Powiedzenie, że było to wykonanie porywające nie oddaje towarzyszących słuchaniu wrażeń i odczuć. Ten śpiew wprost unosił w przestworza. Pozwolę sobie na porównanie ryzykowne: słuchając tej arii można mieć "odlot" bez korzystania z "trawki" czy jakiegoś "dopalacza". Nic dziwnego, że Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak właśnie partię Dalili uważa za ulubioną, co zdradziła w kończącej recital rozmowie z publicznością.

Piątkowy koncert był bardzo mocnym otwarciem nowego cyklu Teatru Muzycznego. Wypada tylko żałować, że nie zgromadził kompletu publiczności. Jestem jednak przekonany, że gdy wieść o nim rozejdzie się wśród lublinian, na następnych spotkaniach widownia wypełni się do ostatniego miejsca.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
2010-01-18



 

Wieczór gwiazdy 

To zupełnie nowa forma prezentacji solistów Teatru Muzycznego. Oczywiście wszystkich znamy z bieżącego repertuaru, a niektórych również z koncertów i recitali, ale w owych kameralnych formach pokazywali się niemal wyłącznie poza macierzystą sceną.
Obaj dyrektorzy teatru - naczelny Krzysztof Kutarski oraz artystyczny Tomasz Janczak - zgodnie podkreślają, że głównym celem nowego cyklu koncertów jest nie tylko bliższe przedstawienie solistów, ale również pokazanie szerokiego wachlarza ich repertuaru w utworach niewykonywanych na co dzień. Przede wszystkim z wielkiej literatury operowej, ale nie tylko. W programach kolejnych koncertów znajdą się pieśni i partie z dzieł oratoryjnych z jednej strony oraz lekkie utwory musicalowe, a nawet rewiowe z drugiej. Warto podkreślić, że koncerty będą miały charakter w pełni autorski; ich programy układali sami wykonawcy, bez jakiejkolwiek ingerencji ze strony dyrekcji.

Nowy cykl prezentacji Teatru Muzycznego otworzy jedna z jego największych gwiazd - Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, zaliczana przez krytyków do grona najlepszych mezzosopranistek w Polsce. O jej pozycji na wielkiej scenie może świadczyć fakt występów u boku Placida Dominga w "Walkirii" Wagnera oraz entuzjastyczne recenzje po "Aidzie" Verdiego w operze w Düsseldorfie. Lubelska publiczność zna ją z licznych kreacji z bieżącego repertuaru, m.in. tytułowej partii w"Carmen" i Czipry w "Baronie cygańskim". Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak śpiewa również główne partie sopranowe w Operze Wrocławskiej oraz warszawskiej Operze Narodowej.

Piątek, Kameralne spotkanie z gwiazdą, Teatr Muzyczny, godz. 18, bilety 15-30 zł

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
2010-01-14



 

Recital Elżbiety Kaczmarzyk-Janczak

Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, najlepsza śpiewaczka lubelskiego Teatru Muzycznego da w nim w piątek (15.01) recital.

Występem Elżbiety Kaczmarzyk-Janczak zostanie zainaugurowany cykl "Kameralne Spotkania z Gwiazdami”. Zabrzmią różnorodne arie i pieśni. Będzie można porozmawiać z wykonawczynią. Całość poprowadzi Dorota Gonet z Polskiego Radia Lublin.

– Pragniemy zaproponować Państwu zupełnie nową formę spotkań z solistami Teatru Muzycznego w Lublinie. Przygotowaliśmy dla Państwa, naszej wspaniałej lubelskiej publiczności, nowy cykl koncertów kameralnych, gdzie będziecie mieli Państwo jedyną w swoim rodzaju okazję podziwiać gwiazdy naszego teatru w utworach nie wykonywanych codziennie na deskach tej sceny – mówi szefostwo naszego teatru o "Kameralnych Spotkaniach z Gwiazdami”.

Cykl potrwa do wakacji. Złoży się na niego sześć koncertów, w których soliści pokażą, że są nie tylko aktorami, ale też śpiewakami belcantowymi, którzy potrafią wykonać zarówno arie jak i na przykład pieśni. – Repertuar tych koncertów będzie tak zróżnicowany i wszechstronny jak nasz zespół, to znaczy, że każdy z Państwa znajdzie coś interesującego dla siebie: od lekkich utworów musicalowych i rewiowych przez pieśni romantyczne po najpiękniejsze arie światowej literatury operowej. W każdym utworze śpiewacy postarają się stworzyć różne klimaty i nastroje wynikające z różnorodnej treści i formy poszczególnych utworów – deklaruje szefostwo naszej sceny muzycznej.

Spotkania nie ograniczą się do wykonywania muzyki. – Czy nie macie Państwo czasem ochoty po spektaklu obejrzanym w teatrze zadać kilku pytań Waszym ulubieńcom scenicznym? Mamy dla Was niespodziankę, przewidujemy też możliwość krótkiej rozmowy z wykonawcami na tematy, które sami poruszycie – obiecują organizatorzy "Kameralnych Spotkań z Gwiazdami”.

Gospodarzem spotkań będzie Dorota Gonet, znana lubelska dziennikarka, która opowie publiczności o gwieździe, o utworach wybranych do recitalu i zaprosi do rozmowy z solistką.

Bohaterką inauguracyjnego spotkania będzie primadonna Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak – najjaśniejsza gwiazda Teatru Muzycznego w Lublinie, pierwsza solistka Opery Dolnośląskiej we Wrocławiu, współpracowniczka Opery Narodowej w Warszawie. To jedna z najlepszych polskich mezzosopranistek.
Artystka ma w swoim repertuarze ponad 40 partii operowych i ponad 20 partii oratoryjnych. Wystąpiła u boku Placido Domingo w "Walkirii” Wagnera. Wykonywała specjalnie dla niej skomponowaną partię w oratorium "Space Requiem” Sutryka, poświęconym katastrofie promu Challenger.

Podczas piątkowego koncertu artystka wykona słynne arie operowe (m.in. "Cruda sorte” z "Włoszki w Algierze” Rossiniego i "O mio Fernando” z "Faworyty” Donizettiego) i oratoryjne ("Buß und Reu” z "Pasji według św. Mateusza” Bacha) oraz pieśni Karłowicza, Chopina, Schuberta i de Falli. Śpiewaczce będzie akompaniować pianistka Karolina Hordyjewicz.

Początek o godz. 18.

Bilety – po 30 i 25 zł – do kupienia na miejscu, ul. Skłodowskiej 5.

Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
15.01.2010



 

Teraz już wiadomo, o czym śpiewają w operze

Widzowie lubelskiego Teatru Muzycznego będą mogli w trakcie opery czytać jej libretto pokazywane na specjalnym wyświetlaczu LED, który kupiła niedawno ta instytucja. To pierwsze takie urządzenie w województwie, a prawdopodobnie także we wschodniej Polsce.
Kilkumetrowa elektroniczna tablica może służyć do wyświetlania napisów (np. tekstu przedstawienia i obsady), ale także filmów wideo czy reklam.

Żeby udowodnić działanie ekranu, na naszą prośbę wyświetlono na niej logo Kuriera Lubelskiego. O tym, że się udało, świadczy zamieszczone obok zdjęcie.

Tablica umożliwi granie francusko- i włoskojęzycznych oper w oryginale, co znacznie lepiej oddaje ich charakter. Już teraz wiadomo, że w przyszłym roku po francusku wystawiana będzie "Carmen", a po włosku "Cyrulik sewilski".

Wyświetlacz kosztował ok. 60 tysięcy złotych, które Teatr Muzyczny dostał z Urzędu Marszałkowskiego oraz ministerialnego programu Rozwój Infrastruktury. Trzeba zauważyć, że pozyskiwanie funduszy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego znacznie przyśpieszyli młodzi pracownicy, zatrudnieni w naszej instytucji - mówi Krzysztof Kutarski, dyrektor lubelskiego Teatru Muzycznego.

Nowym nabytkiem teatru jest też projektor z dwoma obiektywami (koszt rzędu 50 tys. zł), do którego sygnał można przesyłać na odległość ok. 100 metrów, tzw. inteligentne urządzenia oświetlające oraz harfa.

Ten 47-strunowy instrument razem z dodatkami kosztował, bagatela, 80 tysięcy złotych! Do harfy wyprodukowanej przez francuską firmę Camac , dokupiono dwa komplety strun. Każdy za dwa tysiące złotych.

Paweł Franczak
Kurier Lubelski
16.12.2009



 

Stolica dla Lublina

Sala Kongresowa Pałacu Kultury i Nauki gościła już rozmaite wydarzenia. Od tych legendarnych, jak koncert Stonesów, po wręcz niechlubne, jak choćby osobliwą wersję „Wesela”, wystawioną ku czci Samoobrony. Nigdy jednak na jej scenie nie było jeszcze polskiej opery narodowej.

Zmieni się to 11 listopada - lubelski Teatr Muzyczny zaprezentuje tam „Straszny dwór” Moniuszki. Naprawdę trudno znaleźć dzieło bardziej nadające się do pokazania w dniu narodowego święta. Stworzona ku pokrzepieniu serc po upadku powstania styczniowego opera przywołuje czasy świetności Rzeczypospolitej, chwałę oręża i bogactwo jej kultury. Ale jednocześnie nie stawia Polaków na piedestale, lecz pokazuje ich w wymiarze ludzkim, w którym wielkość często sąsiaduje z przywarami. A wszystko to w rytm wspaniałej muzyki, na czele z przepiękną arią Stefana „z kurantem” z III aktu.

Lubelska inscenizacja „Strasznego dworu” zachowuje cały koloryt zarówno partytury, jak i libretta. Mówiąc najkrócej – jest barwnym, porywającym widowiskiem, które bez wstydu można pokazać w stolicy.

„Straszny dwór”, Sala Kongresowa Pałacu Kultury i Nauki, 11 listopada, godz. 18

Andrzej Z. Kowalczyk

Kurier Lubelsi

03.11.2009




 

Azoty wspierają Teatr Muzyczny

Kryzys gospodarczy dotknął także kulturę. Dlatego z uznaniem trzeba odnotowywać przykłady mecenatu firm i przedsiębiorstw nad kulturą.

Wielkiego i możnego mecenasa znalazł lubelski Teatr Muzyczny. Została uroczyście podpisana umowa sponsoringowa z Zakładami Azotowymi "Puławy" SA. Jest kontynuacją współpracy nawiązanej przez obie instytucje w ubiegłym roku, która zaowocowała realizacją tak wielkiego przedsięwzięcia artystycznego, jakim była realizacja opery "La Traviata" z premierą dla kilku tysięcy widzów w hali "Globus".

Jak mówi Krzysztof Kutarski, dyrektor Teatru Muzycznego, pierwsze efekty nowej umowy poznamy już w przyszłym miesiącu. Puławskie "Azoty" będą wspierać teatr przy realizacji specjalnego spektaklu "La Traviata Prestige", w premierowej, gwiazdorskiej obsadzie, z Joanną Woś w roli Violetty na czele. To wydarzenie zaplanowano na 28 listopada. Będą też miały widoczny udział w kolejnych przedsięwzięciach Muzycznego, m.in. zaplanowanej na dwa ostatnie dni grudnia premierze operetki "Hrabia Luksemburg".

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubleski
21.10.09



 

Muzyczny zaczyna od Traviaty

Lubelski Teatr Muzyczny sezon artystyczny 2009/2010 miał rozpocząć już w ubiegłym tygodniu, od premiery edukacyjnego spektaklu muzyczno-baletowego „Nie tylko Jezioro łabędzie”. Niestety, z przyczyn losowych tę premierę trzeba było jednak przesunąć, a zatem inauguracja nowego sezonu na scenie muzycznej odbędzie się w ten weekend. Na początek będzie można zobaczyć i usłyszeć dumę i radość teatru – „Traviatę”.

Te pozytywne odczucia są całkowicie zrozumiałe; wynikają z powodzenia, jakim cieszy się ta realizacja. Słynna opera Giuseppe Verdiego znajduje się na afiszu Muzycznego już blisko rok i wszystkie spektakle są grane przy kompletach na widowni, a bilety sprzedaje się z dużym wyprzedzeniem.

Główne partie „Traviaty” obsadzone są przez kilkoro różnych artystów, co sprawia, że widzowie mogą wybierać taką obsadę, która najbardziej im odpowiada. W ten weekend w postać głównej bohaterki, czyli Violetty Valery wcielą się dwie artystki: w sobotę – Dorota Laskowiecka, zaś w niedzielę – Julia Iwaszkiewicz-Kabza. A partnerować im będą: Tomasz Janczak (w lubelskiej „Traviacie” wystąpi jako Alfred), Zbigniew Macias i Andrzej Witlewski (czyli Georges Germont), Grzegorz Szostak (zagra do-ktora Grenvila) oraz Katarzyna Sałacińska i Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak (wystąpią w roli Flory Bervoix). Solowe partie baletowe wykonuje Małgorzata Borowiec.

Przypomnijmy na koniec, że operę wyreżyserował Waldemar Zawodziński, znany polskiej publiczności chociażby z realizacji „Snu nocy letniej” Williama Szekspira oraz „Tragicznej historii doktora Fausta” Christophera Marlowe’a ). Z kolei kierownictwo muzyczne nad „Traviatą” sprawuje Jacek Boniecki. 

Sobota-Niedziela, Traviata, Teatr Muzyczny, sobota g. 18, niedziela g. 17

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
02.10.09



 

Trwają poszukiwania elfa i Calineczki

Teatr Muzyczny w Lublinie ogłasza casting dla dzieci do obsady spektaklu według baśni "Calineczka" Hansa Christiana Andersena.

- Dzieci powinny być uzdolnione wokalnie, ruchowo i aktorsko - mówi Krzysztof Kutarski, dyrektor Teatru Muzycznego.

Do obsadzenia są dwie role: Calineczki i księcia elfów. Przesłuchania odbędą się w najbliższą sobotę od godz. 10 do 13 w sali widowiskowej teatru przy ul. Skłodowskiej 5. Ważne, żeby dzieci przyszły na casting z opiekunami. Konieczna jest także wcześniejsza rejestracja telefoniczna - pod numerem tel. 81 532 76 13 wewnętrzny 38.

paf
Kurier Lubelski
30.09.09



 

Jesień w Teatrze Muzycznym

Sezon artystyczny 2009/2010 rozkręca się coraz bardziej. Kolejne instytucje i placówki kultury wznawiają działalność po wakacyjnej przerwie. W najbliższy piątek kurtyna w górę pójdzie w Teatrze Muzycznym. Zapytaliśmy, co zespół teatru zaproponuje w nowym sezonie swojej publiczności.

– Wszystko to, co nasi widzowie lubią i cenią – mówi Krzysztof Kutarski, dyrektor teatru. – Na afiszu pozostaną niemal wszystkie pozycje, które z powodzeniem pokazywaliśmy w ubiegłym sezonie. Jedynym wyjątkiem jest „Księżniczka czardasza”, którą po raz ostatni zagraliśmy w czerwcu . Na wyraźne życzenie publiczności pozostawiliśmy natomiast „Wesołą wdówkę”, która – jak się okazało – wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem. Powodzenie ma również nasza największa realizacja, czyli „Traviata”. Sprzedane są już spektakle listopadowe, ale można jeszcze kupić bilety na 3 i 4 października; warto się pośpieszyć.

Nowości teatr zaplanował na grudzień. Tuż przed Bożym Narodzeniem odbędzie się koncert polskich kolęd, zaś 30 i 31 grudnia – premierowe spektakle operetki „Hrabia Luxemburg”. Będzie to trzecia inscenizacja tego jednego z najpopularniejszych dzieł Franza Lehara. Poprzednie były wystawiane na lubelskiej scenie muzycznej w 1957 i 1975 roku, zatem dla wielu widzów będzie to pierwsza okazja do spotkania z tym utworem.

– Chciałbym wspomnieć o jeszcze dwóch wydarzeniach tej jesieni – dodaje dyrektor Kutarski. – 8 listopada odbędzie się 150. spektakl bajki „Kot w butach”. To jubileuszowe przedstawienie odbędzie się w specjalnej oprawie i z licznymi niespodziankami. Zatem nawet ci młodzi widzowie, którzy znają już tę baśń, będą mogli odkryć w niej coś nowego. Natomiast na 28 listopada zaplanowaliśmy przedsięwzięcie, które nazwaliśmy „La Traviata Prestige”. W rocznicę premiery opery Verdiego zaprosiliśmy całą premierową obsadę, z Joanną Woś na czele. Myślę, że ten spektakl nie wymaga szczególnych słów zachęty, bowiem okazja zobaczenia i usłyszenia gwiazdy tej klasy jest naprawdę bardzo rzadka.

Jesień w Teatrze Muzycznym zapowiada się więc rzeczywiście ciekawie i oby na wiosnę było podobnie.

Sezon 2009/2010, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, tel. 081 532 16 28

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
24.09.09



 

Relacja festiwalowa

Mimo wakacji Teatr Muzyczny nie próżnował i prezentował swój repertuar poza Lublinem.

Podczas  XV Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego im. Krystyny Jamroz w Busku Zdroju, 11 lipca 2009, lubelscy artyści wyśpiewali oczarowanej publiczności operę Cyrulik Sewiski. Tak zrecenzowany został lubelski spektakl na portalu maestro.net.pl:

"W sobotni wieczór ostatnie z festiwalowych wydarzeń - Cyrulik sewilski G. Rossiniego. Nieprzemijającą popularność zapewniają tej operze nie tylko fantastyczna muzyka i świetnie rozpisane partie wokalne, ale również skrzące się humorem libretto oparte na komedii Pierre'a de Beaumarchais'go. Właśnie humor postaci i scenicznych sytuacji stał się podstawą reżyserii Anette Leistenschneider, która zadbała o wyrazistość postaci prowadząc je z lekkim przymrużeniem oka i dystansem. Przez scenę maszeruje galeria kolorowych postaci, których lekko przerysowany w  stronę groteski charakter podkreśla jeszcze bardziej ich komizm. Reżyser nie trzyma się kurczowo XVIII - wiecznych realiów, przenosi akcję w nasze czasy. Na scenie króluje telewizor z pilotem, puszka coli współgra z fantazyjnymi perukami i strojami, a „zrobiona" na lalkę Barbie Rozyna słucha walkmana. Cała inscenizacja, ozdobiona lekkimi ażurowymi dekoracjami, umieszczona została na scenie obrotowej co pozwala na płynne przenoszenie akcji z miejsca na miejsce. Reżyser dopracowuje każdy szczegół, zgrabnie ustawia sceny zbiorowe, a już oba finały I i II aktu są naprawdę urzekające. Uznanie budzi misterne zawiązanie intrygi, w której każda scena wynika z poprzedniej, a żart rodzi kolejny dowcip. A wszystko to razem harmonijnie splecione i utrzymane w dobrym tempie zapewniającym przedstawieniu bezpretensjonalną lekkość i wdzięk. Był więc lubelski Cyrulik jest okazją do wyśmienitej zabawy. Równie wiele dobrego można napisać o poziomie wykonawczym. Starannie obrana obsada  wywiązuje się ze swoich zadań aktorskich i wokalnych z dużym powodzeniem. Julia Iwaszkiewicz z lekkością i wdziękiem pokonywała koloraturowe zawiłości partii Rozyny, która w jej ujęciu ma żywiołowy temperament i dziewczęcy wdzięk. Dzielnie jej sekundujący Adam Sobierajski stworzył wyrazistą postać zakochanego hrabiego Almavivy. Szczerze zabawnym doktorem Bartolo był Andrzej Witlewski, a Grzegorz Szostak z wdziękiem grał i śpiewał, bardziej śmiesznego niż  diabolicznego, intryganta Don Basilia, który uważa, że najskuteczniejszą metodą pozbycia się rywali jest plotka i obmowa. Świetną Bertą okazała się Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak. Wiele uznania publiczności zaskarbił sobie Kamil Pekala za kreację partii tytułowego bohatera. Jego Figaro ma błysk w oku i szelmowską minę, a dobrze brzmiący baryton i aktorska swoboda zasługują na uznanie."

Pod poniższym linkiem znajduje się relacja z całego wydarzenia.

KLIKNIJ




 

Pożegnanie z Czardaszką

Wszystko, co dobre prędzej czy później musi się skończyć - w ten weekend na scenie Teatru Muzycznego odbędą się dwa ostatnie spektakle „Księżniczki czardasza”. Moment pożegnania i tak przychodzi później niż było to planowane. Operetka Emmericha Kalmana miała zejść z afisza już rok temu, ale na wyraźne życzenie publiczności pozostała w repertuarze na sezon 2008/2009.

„Czardaszka” może uchodzić za dzieło modelowe dla swego gatunku, wręcz za kwintesencję operetki. Trzeba też dodać, że ta lubelska inscenizacja była bardzo udana, tak pod względem muzycznym, jak i aktorskim.

W dwóch ostatnich przedstawieniach zobaczymy dwie różne Sylvie Varescu. W sobotę wystąpi Dorota Laskowiecka, a w niedzielę - dawno niewidziana na scenie Renata Drozd. W roli Edwina obydwu artystkom będzie partnerować Tomasz Janczak, a w pozostałych czołowych rolach wystąpią: Jarosław Cisowski (Boni), Grzegorz Szostak (Feri), Małgorzata Rapa (Stasi) oraz - jako księżna Anhilda i książę Leopold - wieloletni ulubieńcy lubelskiej publiczności: Krystyna Szydłowska i Marian Josicz.

Szczególnego polecenia wart jest spektakl niedzielny. Nie tylko dlatego, że będzie ostatni, a Renata Drozd w roli Sylvii jest naprawdę zjawiskowa. Dodatkowym powodem jest to, iż tego wieczoru odbędzie się oficjalna uroczystość jubileuszowa Ryszarda Zarewicza, wieloletniego aktora i reżysera Teatru Muzycznego, którego dokonania artystyczne to wręcz osobny rozdział w historii lubelskiej sceny muzycznej. Można więc oczekiwać niespodzianek, które może osłodzą smutek pożegnania z piękną operetką Kalmana.

Księżniczka Czardasza, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sob. 18, niedz. 17

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
12.06.2009



 

Ciekawa lekcja opery

"Mały czarodziejski flet" nie jest z pewnością spektaklem dla koneserów opery. Ale też nie oni są jego adresatami. Intencją dyrekcji Teatru Muzycznego jest przekonanie do tej dziedziny sztuki najmłodszych widzów. Sądząc z reakcji na premierowym przedstawieniu, realizacja Andrzeja Gałły spełnia to zadanie. To świetna lekcja opery, z której mogą skorzystać nie tylko najmłodsi.

Konieczne były skróty oraz dostosowanie genialnego dzieła Mozarta do dziecięcej percepcji i wrażliwości. Rzecz jasna spowodowało to pewne zubożenie warstwy muzycznej, ale można się z tym pogodzić, tym bardziej że zachowane zostały najważniejsze partie muzyczne, z dwiema popisowymi ariami Królowej Nocy na czele. Otrzymaliśmy nader zgrabną baśń, nawiązującą do poetyki fantasy. Mówiąc najkrócej - tę historię ogląda się naprawdę z zainteresowaniem.

A słucha się z najwyższą przyjemnością. Andrzej Knap w rekordowo krótkim czasie przygotował zarówno orkiestrę, jak i śpiewaków. I to przygotował tak, że na premierowym spektaklu nie było słabych fragmentów muzycznych. A obie arie Królowej Nocy w wykonaniu Karoliny Gorgol-Zaborniak zabrzmiały lepiej niż na niejednej scenie par excellence operowej.

Z przyjemnością także słuchało się Tamina (Tomasz Janczak) oraz Paminy (Dorota Laskowiecka). Nieco nierówny natomiast był aktorski poziom przedstawienia. Z jednej strony bowiem mieliśmy żywiołowego i zabawnego, ale nie przekraczającego granicy dobrego smaku Papagena (Andrzej Witlewski) i pyszną, dopracowaną w każdym szczególe Papagenę (Małgorzata Rapa; nie od dziś uważam, że to prawdziwy talent). Z drugiej jednak była wspomniana Karolina Gorgol-Zaborniak, śpiewająca - powtórzę - świetnie, ale aktorsko nieprzekonująca, deklamująca swoje kwestie jakby w oderwaniu od partnerów. Grywano tak kiedyś w operach, ale taki styl należy już do przeszłości. Tu z pewnością zabrakło reżyserskiego szlifu.

Na koniec koniecznie trzeba wspomnieć o znakomitej stronie plastycznej spektaklu. Małgorzata Słoniowska środkami w gruncie rzeczy prostymi wykreowała świat prawdziwie fantastyczny, a przy tym sugestywny. Zaś kostium Królowej Nocy to dzieło sztuki samo w sobie.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
02.06.2009



 

Tomasz Janczak został dyrektorem artystycznym Teatru Muzycznego

Wieloletni współpracownik lubelskiego teatru, aktor i solista od czwartku oficjalnie przejął stanowisko dyrektora artystycznego.
Fotel dyrektora artystycznego stał pusty od lipca 2007 roku. Wtedy ze stanowiska został odwołany Jacek Boniecki. Tomasz Janczak pełnił do tej pory obowiązki pełnomocnika do spraw artystycznych teatru.

Przez ostatnie cztery lata współpracował z Teatrem Muzycznym jako śpiewak - solista. - „Zemsta nietoperza”, „Koncert Jubileuszowy” , „Mały Czarodziejski flet” oraz „La Traviata”, to najnowsze produkcje, w których aktor wykazał się nie tylko wysokim kunsztem aktorskim, ale również merytoryczne umiejętności, niezbędne do przejęcia tego stanowiska – potwierdza dyrektor naczelny Teatru Muzycznego, Krzysztof Kutarski. - Dlatego też otrzymał angaż bezterminowy - dodaje.

Co zmieni się w programie artystycznym teatru w najbliższym czasie?

- Nie mam zamiaru czynić żadnych rewolucji. Dalszą współpracę wyobrażam sobie jako wzbogacanie dotychczasowego kapitału Teatru Muzycznego - mówi Tomasz Janczak. Najbliższym przedsięwzięciem będzie premiera operetki "Hrabia Luxemburg". To już w grudniu - informuje. - Poza tym, zaczniemy grać więcej spektakli w tak zwanych "sezonach ogórkowych". Mam tu na myśli dni świąteczne, czy takie jak 31 stycznia. Rośnie popyt na kulturę - podkreśla dyrektor artystyczny.

- W październiku na scenę powraca "La Traviata". Ze względu na sukces tego spektaklu, w listopadzie zagramy prestiżowe wydanie opery. W rolach głównych wystąpią najlepsi. Ze względu na to, bilety będą droższe - zapowiada Krzysztof Kutarski.

Anna JAsińska
Moje Miasto Lublin
09.07.09



 

Mały Czarodziejski flet

W spektaklu znajdą się wszystkie partie muzyczne, z popisowymi, niezwykle trudnymi, partiami Królowej Nocy na czele

"Mały Czarodziejski flet" w adaptacji Krystyny Meisner, to przedstawienie dostosowane do potrzeb i możliwości młodego odbiorcy. Co to oznacza w praktyce? - Przede wszystkim pominięte zostały w całości motywy wolnomularskie, które byłyby nieczytelne dla młodych widzów - mówi Andrzej Gałła, reżyser spektaklu.

- Poza tym spektakl nie może być zbyt długi, bo dzieci by go nie wytrzymały. W naszym przedstawieniu eksponujemy wątek baśniowy. Co nie jest żadnym nadużyciem, bo przecież opera Mozarta w warstwie fabularnej jest właśnie baśnią - dodaje Gałła.

Będzie to więc wyprawa do fantastycznego świata, spotkanie z zaludniającymi go postaciami, wśród których nie zabraknie nawet smoka. Z dużym pietyzmem natomiast podeszliśmy do materiału muzycznego. W spektaklu znajdą się wszystkie ważne partie, z popisowymi, niezwykle trudnymi ariami Królowej Nocy na czele.

W lubelskiej realizacji wystąpią - poza jednym wyjątkiem - wyłącznie artyści Teatru Muzycznego. Było to przyjemnym zaskoczeniem dla reżysera, który po raz pierwszy miał do czynienia z tak komfortową sytuacją; kiedy realizował "Mały Czarodziejski flet" we Wrocławiu musiał doangażowywać tenora, a w spektaklu przygotowywanym na Litwie - artystkę do roli Królowej Nocy. Andrzej Gałła nie kryje, że jest zadowolony z pracy z lubelskimi artystami oraz współtwórcami spektaklu: sprawującym kierownictwo muzyczne cenionym dyrygentem Andrzejem Knapem i autorką scenografii i kostiumów Małgorzatą Słoniowską. Zapytany o to, czy jest już pewien końcowego efektu, jest dobrej myśli, ale na wszelki wypadek… odpukuje w niemalowane.

W "Małym Czarodziejskim flecie" zobaczymy i usłyszymy artystów sprawdzonych już w innych operowych realizacjach lubelskiego teatru. W czołowych partiach będą występować na zmianę: Karolina Gorgol-Zaborniak, Julia Iwaszkiewicz (Królowa Nocy), Renata Drozd, Dorota Laskowiecka (Pamina), Małgorzata Rapa (Papagena), Tomasz Janczak, Krzysztof Marciniak (Tamino), Kamil Pękala, Andrzej Witlewski (Papageno) oraz Patrycjusz Sokołowski i Grzegorz Szostak (Sarastro).

Andrzej Z. Kowalczyk

Mały Czarodziejski Flet
Teatr Muzyczny
ul. Skłodowskiej 5
niedziela, godz. 17

Kurier Lubelski 29.05.2009




 

Pinokio

Jutro o godz. 11 w Teatrze Muzycznym zobaczymy spektakl „Pinokio”.

W barwnym przedstawieniu weźmie udział około 70 wykonawców, solistów, chór, balet oraz orkiestra. Reżyserem muzycznej baśni opartej na motywach opowieści Carla Collodiego jest Jerzy Turowicz.

Fabuła jest znana na całym świecie: drewniania laleczka stworzona przez mistrza Dżepetto pragnie być prawdziwym chłopcem i wyrusza w świat, jednak spotyka ją cała masa nieplanowanych komplikacji, w tym wydłużający się pod wpływem kłamstwa nos. Scenografię do widowiska zaprojektował Ireneusz Salwa, który poza „Pionokiem”, obmyślił dla dzieci m.in. jeszcze „Calineczkę”. Spektakl trwa około dwóch godzin, w tym czasie są zaplanowane dwie przerwy.

Sylwia Hejno
Kurier Lubelski
11.05.09



 

Rekordzista wśród skrzypków...

Któż nie zna wielkich musicalowych przebojów: „Anatewka”, „Tradycja”, „To świt, to zmierzch”, a nade wszystko - najsłynniejszego z nich - „Gdybym był bogaczem”? W Lublinie takie pytanie jest chyba bezprzedmiotowe.

Przynajmniej od listopada 1994 roku. Właśnie wtedy odbyła się premiera „Skrzypka na dachu” Jerry'ego Bocka, w reżyserii Zbigniewa Czeskiego, z fantastyczną kreacją Mariana Josicza w roli Tewjego.

„Skrzypek na dachu” od blisko 15 lat przez cały czas pozostaje w repertuarze Teatru Muzycznego, co jest lubelskim teatralnym rekordem. Choć oczywiście jego obsada zmieniała się parokrotnie; jedni artyści odchodzili, a inni przychodzili na ich miejsce. Zawsze jednak te zmiany były przeprowadzane pod okiem reżysera, co sprawiało, iż ta pokoleniowa wymiana odbywała się płynnie i nie naruszała delikatnej tkanki spektaklu. A niektóre jego elementy są obecnie nawet lepsze niż niegdyś. Publiczność to doceniła i „Skrzypek na dachu” po dziś dzień jest grany przy kompletach na widowni. Polecam.

Skrzypek na dachu, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sobota 18, niedziela 17

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
08.05.09



 

Operetka w kostiumie

Najstarsze projekty strojów pochodzą z 1956 roku, kiedy to udało się reaktywować lubelską operetkę. - Chcieliśmy pokazać, jak w ciągu lat zmieniały się style, kryteria i sposoby projektowania scenografii i kostiumów, jak ewoluowała kreska - mówi Agata Bednarek z Teatru Muzycznego.

Są szkice ołówkiem, farbami technicznymi, warstwy kalek, które pozwalają "ubierać" aktora w kolejne warstwy stroju. Rysunki są bardzo szczegółowe - projektanci uwzględniają każdy guzik, ich prace pokazują końcowy efekt wraz z całą fakturą strojów, marszczeniami i drobnymi wykończeniami. Obok modeli widnieją adnotacje, jak skonstruować dodatkowe artefakty, np. maskę ptaka. Czasem twórcy do swoich "małych wynalazków" poprzyczepiają próbki materiałów, żeby nie było wątpliwości, jak krawcy i plastycy powinni zrealizować ich pomysły.

W gronie artystów, których projekty znajdują się w podziemiu Teatru Muzycznego, są Teresa Ponińska, Teresa Targońska, Pavel Hubicka czy Jerzy Ukleja. Stworzone przez nich kostiumy są przeróżne - od okazałych falban w "Divie", po nowoczesne i lekkie krea-cje w "Kwiecie Hawajów". Te z "Krysi Leśniczanki" są zainspirowane sukniami porce-lanowych, rokokowych dam z niezliczoną ilością falbanek, kokardek, haftów i krynolinami o takiej rozpiętości, że ubrane w nie panie nie zmieściłyby się w drzwiach.

Tradycyjna peruka czy szlachecki żupan ważyły kilka kilogramów, kostiumolodzy muszą więc się starać także zredukować taki ciężar. Tak było na przykład w przypadku "Strasznego dworu" Moniusz-ki, który niedawno można było oglądać na placu Litewskim - stroje, które nosili szlachcice, były w rzeczywistości o wiele lżejsze niż na to wyglądały.

Zaprojektowanie i wykonanie kostiumów oraz scenografii liczy się w miesiącach. Wielkim wyzwaniem było uszycie przez krawców z Teatru Muzycznego 4-metrowego smoka do "Czarodziejskiego fletu". - Projektanci współpracują również z aktorami, muszą poznać ich sylwetkę, urodę i takie detale, jak kształt twarzy. Przed wymyśleniem stroju muszą uwzględnić to, że założy go konkretna osoba - mówi Agata Bednarek.

Kostiumolodzy i scenografowie różnie rysują, każdy z nich ma indywidualny styl - wystarczy porównać realistyczne postacie zaprojektowane przez Pavela Hubickę do "Ptasznika z Tyrolu" z bardziej uproszczonymi projektami Ireneusza Salwy. Zdarza się także, że twórca wymyśli coś zupełnie nowego i kontrowersyjnego. Tak było w przypadku "La Traviaty" Verdiego, gdy baletnice wystąpiły w stringach, a na scenie królował perwersyjny lateks.

Do projektów dołączone są zdjęcia ze sceny i plakaty reklamujące spektakle. W holu znajduje się też kilka kostiumów i można nawet dotknąć materiału, z jakiego była wykonana suknia "Królewny Śnieżki" czy złocisty biustonosz z "Divy". Wystawa potrwa do końca czerwca.

Sylwia Hejno
Kurier Lubelski
05.05.2009



 

Pierwsze wiosenne spotkanie z Carmen

„Carmen” na scenie Teatru Muzycznego.

Pierwszy majowy weekend w Teatrze Muzycznym będzie przebiegał pod znakiem opery. Po pierwszomajowym plenerowym spektaklu „Strasznego dworu” artyści powrócą pod dach swojej siedziby, gdzie w sobotę i niedzielę zaprezentują „Carmen”.

Melomanom przyszło długo czekać na powrót opery Bizeta na scenę. W ten weekend zostanie ona zagrana po raz pierwszy w tym roku. Spektakle zaplanowane na 27 i 28 lutego zostały bowiem odwołane z powodu choroby wykonawcy jednej z czołowych partii. Można zatem przypuszczać, że tak długa nieobecność wpłynie na dodatkowe zainteresowanie publiczności. Na spektakl rzeczywiście warto się wybrać, bowiem realizacja Waldemara Zawodzińskiego jest naprawdę udana. A habanera tytułowej bohaterki z I aktu oraz aria Escamilla z aktu drugiego należą do najbardziej rozpoznawalnych utworów w całej literaturze operowej; znają je nawet ci, których kontakty z wielką sceną są sporadyczne.

Tytułową partię będzie wykonywać Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, partnerować jej będą: Tomasz Janczak (Don Jose), Andrzej Witlewski (Escamillo), Dorota Laskowiecka (Micaela), Marcin Żychowski (Zuniga), Patrycjusz Sokołowski (Morales), Karolina Gorgol (Frasquita), Katarzy- na Sałacińska (Mercedes), Kamil Pękala (Dancairo) i Jaro- sław Cisowski (Remendado).

Carmen, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sobota 18, niedziela 19

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
30.04.09



 

„La Traviata” na bis oraz wystawa projektów kostiumów i scenografii w Teatrze Muzycznym

Teatr Muzyczny w Lublinie ponownie zaprasza na "La Traviatę". Kto jeszcze nie miał okazji obejrzeć spektaklu, może to zrobić 20 i 21 marca o godz. 18.00.

O popularności „La Traviaty” zdecydowało wspaniałe libretto (na podstawie „Damy Kameliowej” A. Dumasa), przepiękne sceny beztroskiego życia paryskich salonów i wpleciony w to wątek miłosny – opisany subtelnie, lecz wstrząsająco przez warstwę orkiestrową. Jeżeli dodamy do tego przejmującą, finałową scenę śmierci Violetty – ukaże nam się muzyczne arcydzieło, którego popularność nigdy nie osłabnie.

Do realizacji „La Traviaty” Teatr Muzyczny w Lublinie zaprosił najwybitniejszych realizatorów i wykonawców w Polsce, z Waldemarem Zawodzińskim na czele, Janiną Niesobską (choreografia), oraz solistów z pierwszych scen Polski, m.in. teatru Wielkiego w Warszawie

Piątkowy spektakl poprzedzi otwarcie wyjątkowej Wystawy Projektów Kostiumologicznych i Scenograficznych Teatru Muzycznego.

Kurier Lubelski
16.03.2009



 

Skrzypek wciąż przy kompletach

Już ponad 14 lat na scenie lubelskiego Teatru Muzycznego gości "Skrzypek na dachu", jeden z najsłynniejszych musicali wszech czasów. I wcale nie jest on utrzymywany na afiszu na siłę - ta realizacja należy do najchętniej oglądanych i każdy spektakl grany jest przy kompletach na widowni.

Oczywiście przez te lata przedstawienie mocno się zmieniło, wszakże należy zaznaczyć, że wszelkie zmiany były wprowadzane pod kierunkiem reżysera pierwotnej wersji Zbigniewa Czeskiego. Najbardziej oczywiste są rzecz jasna zmiany obsadowe, wynikające z naturalnej wymiany pokoleniowej zespołu. Choć w obsadzie są jeszcze artyści, którzy występowali w premierowym spektaklu w 1994 roku. Przede wszystkim Marian Josicz, który w roli Tewjego stworzył fantastyczną kreację, a dziś gra rabina z Anatewki.

W postać najsłynniejszego mleczarza świata wciela się obecnie Marcin Żychowski. Jego żonę Gołdę grają na zmianę Krystyna Szydłowska (kiedyś była córką Tewjego…) i Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, zaś w rolach pięciu córek występują: Natalia Skipar, Małgorzata Rapa, Magdalena Rembielińska, Joanna Witos i Monika Rudnicka.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
03.04.2009



 

Nagrody

Międzynarodowy Dzień Teatru – który w tym roku był obchodzony już po raz 48. – był okazją do uhonorowania wszystkich, dzięki którym powstają oglądane przez nas spektakle.

Dwa lubelskie teatry – Muzyczny oraz Andersena – postanowiły w dniu swojego święta podziękować nie tylko swoim pracownikom, lecz także sponsorom, bez których działalność byłaby trudniejsza, a niektóre przedsięwzięcia – jak choćby „Traviata” – być może w ogóle niemożliwe do przeprowadzenia. W trakcie piątkowej uroczystości w Teatrze Muzycznym uhonorowano tych, którzy mimo niełatwej przecież sytuacji gospodarczej w kraju, zechcieli wspomóc materialnie obydwie placówki. Sponsorzy Teatru Muzycznego otrzymali pamiątkowe statuetki – „Filary Muzycznego”, a mecenasi Teatru Andersena – „Zapałki Andersena”.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
30.03.2009



 

To był rok wyzwań i wysokiej frekwencji

Rok 2009 był rokiem wyzwań dla Teatru Muzycznego, jak twierdzi Krzysztof Kutarski, dyrektor naczelny teatru. A także rok po wielkim wydarzeniu, jakim było wystawienie "Traviaty" na Globusie.
- Z drugiej strony kryzys, który wcześniej nas jakoś omijał, dotarł także do jednostek samorządowych; nie było co marzyć o dodatkowych funduszach w ramach dotacji podmiotowej - mówi dyrektor. - To oczywiście musiało mieć jakieś odbicie w planach repertuarowych. Mimo to udało się utrzymać na niezmienionym poziomie to, co najważniejsze: wysoki poziom artystyczny oraz wysoką frekwencję na spektaklach przy bardzo dużej ich ilości. Teatr dał aż 132 przedstawienia, które zobaczyło prawie 47 tys. widzów. To są wyniki bardzo dobre. Teatr Muzyczny stara się zaspokajać bardzo zróżnicowane gusty i czyni to skutecznie. Najwięcej - bo aż 18 - przedstawień miał "Kot w butach" dla najmłodszych, ale drugie miejsce na tej liście zajmuje z 14 prezentacjami "Traviata". W czołówce znalazły się również: "Mały Czarodziejski flet", "Skrzypek na dachu" oraz "Calineczka", które były grane po 12 razy. Plenerowy spektakl "Strasznego dworu" na pl. Litewskim obejrzało 1800 widzów, a 700 osób oklaskiwało operę Moniuszki w warszawskiej Sali Kongresowej. Lubelscy artyści zostali także zaproszeni na festiwal teatrów muzycznych w Gdyni.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
2010-01-20



 

Wycieczka do Tyrolu

Na liście największych operetkowych hitów wszech czasów bez wątpienia znajdują się dwa numery: „Usta milczą, dusza śpiewa” oraz aria „Lat dwadzieścia miał mój dziad…”. Tę drugą będzie można usłyszeć w „Ptaszniku z Tyrolu”, który w ten weekend zagości na scenie Teatru Muzycznego.

Ta inscenizacja operetki Karla Zellera jest czwartą realizacją na lubelskiej scenie; poprzednie miały premiery w latach 1950, 1965 i 1993, obecna miała premierę w 2007 roku, Wyreżyserował ją Andrzej Rozhin, twórca związany z teatrem dramatycznym, mający w dorobku udane inscenizacje musicali (m.in. „Opery za trzy grosze” i „Człowieka z La Manchy”), ale z klasyczną operetką niekojarzący się zupełnie. Kierownictwo muzyczne sprawuje Jacek Boniecki, występują: Tomasz Janczak (Adam), Dorota Laskowiecka (księżna Maria), Karolina Gorgol (Krysia), Marcin Żychowski (baron Weps) i inni.

Ptasznik z Tyrolu, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sobota, godz. 18

KOW
Kurier Lubelski
13.03.2009



  Teatr Muzyczny „Kot w butach” w reżyserii Jerzego Turowicza to muzyczna bajka, do której autor wprowadza zupełnie nowe postaci

Nowe przygody najsłynniejszego kocura na świecie

Przygody mizernego kotka, stopniowo zmieniającego się w przystojnego kocura w wysokich butach i szarmanckim kapeluszu, tym razem snuje Jerzy Turowicz. Ale nie sam. Widownia, która zgromadzi się w Teatrze Muzycznym, pomoże „dopisać” historię czworonoga. Autor i reżyser sztuki wprowadził do dawnej bajki Jana Brzechwy nowe postaci. Dlatego najmłodsi widzowie mogą śledzić nieznane dotąd historie o najsłynniejszym kocie i jego panu Janku. Ten dobrany duet spotyka na swojej drodze przemądrzałe kuropatwy, dzielne zające, a także czarownicę i czarnoksiężnika, przeistaczającego się w groźnego lwa, sprytną żmiję, a nawet mysz. Dodatkowo, w Teatrze Muzycznym usłyszymy opowieść w wersji melodycznej. Czy będzie happy end? Jak w każdej bajce, wszystko kończy się dobrze. Janek żeni się z królewną. A szczęśliwy kot beztrosko łapie myszy w królestwie. Wyjątkowość spektaklu tkwi również w tym, że polega on na zabawie z publicznością. Widzowie mogą włączyć się w sceniczną akcję. Realizatorzy natomiast przewidzieli nagrody za odpowiedzi na zagadki różnych bajkowych postaci. Nad całościową oprawą muzyczną sztuki czuwa Piotr Wujtewicz. Autorem dźwięków jest Janusz Baca. Choreografię ułożyła Izabela Krupka. Spektakl zobaczymy w Teatrze Muzycznym 11 marca o godzinie 11.00. Trwa godzinę i 45 minut z dwoma przerwami między aktami. Bilety w cenie 18 i 20 zł.


Anna Jasińska
Moje Miasto Lublin
09.03.2009



 

Cyrulik z pilotem od telewizora i coca-colą

Po raz pierwszy w tym roku na scenie Teatru Muzycznego zagości „Cyrulik sewilski”.

To dzieło Gioacchina Rossiniego uchodzi za repertuarowego pewniaka i teatry chętnie po nie sięgają. A w historii lubelskiej sceny muzycznej zajmuje miejsce szczególne. Jest bowiem jedyną operą, która w Lublinie była wystawiana dwukrotnie, w 1967 i 2006 r. Reżyserująca „Cyrulika” Anette Leistenschneider zrezygnowała z umieszczania swojej realizacji w jakimś konkretnym czasie historycznym. Nie trzymała się realiów XVIII-wiecznych, ale też nie przeniosła akcji wprost w nasze czasy. Wykreowała rzeczywistość uroczo bezczasową, w której telewizor z pilotem świetnie współgra z rokokową peruką, zaś puszka coli ze strojem z epoki. A wjeżdżający na scenę na rowerze Figaro również wydaje się być jak najbardziej na miejscu. Takie zaskakujące zestawienia bawią, ale też sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać nad współczesnym podejściem do opery.

W najbliższych spektaklach w partii Figara zobaczymy i usłyszymy Kamila Pękalę. Partnerować mu będą: Julia Iwaszkiewicz (Rozyna), Jolanta Dańczyk (Berta), Patrycjusz Sokołowski (Don Basilio), Andrzej Witlewski (Don Bartolo), Adam Sobierajski (Almaviva) i Marcin Żychowski (Fiorello).

Cyrulik sewilski. Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sob. - 18, niedz. - 17

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
06.03.2009



 

"Cyrulik sewilski" w Teatrze Muzycznym

Teatr Muzyczny w Lublinie zaprasza na "Cyrulika sewilskiego". Operę można będzie obejrzeć w dwóch terminach: 7 marca o godz. 18.00 i 8 marca o godz. 17.00.

"Cyrulik sewilski" to jedna z najwspanialszych i najbardziej prawdziwych oper komicznych, pełna włoskiej melodyjności, temperamentu i młodzieńczej werwy. Powodzenie swe zawdzięcza zarówno świetnemu librettu, jak też muzyce Rossiniego. Szczególną popularność zdobyła m.in. uwertura uważana za arcydzieło włoskiej kompozycji orkiestrowej, aria tytułowego bohatera „Figaro tu, figaro tam!”, Cavatina Rozyny, czy aria Don Basilia o plotce.

oprac. MOUL
Kurier Lubelski
02.03.2009



 

„Calineczka” w Teatrze Muzycznym

Teatr Muzyczny zaprasza dziś o godz. 11 na „Calineczkę”. To adaptacja jednej z najsłynniejszych bajek Hansa Christiana Andersena.

Twórcy spektaklu postarali się, żeby ta dobrze znana baśń nabrała na lubelskiej scenie dodatkowego blasku. Posłuchamy melodyjnych piosenek, zobaczymy efektowne sceny baletowe, w wykonaniu m.in. rodziny muzykujących żab „Trio Skrzek” oraz „Rewii Szczypawek”. Poznamy także wszystkie inne przygody maleńkiej bohaterki.

Autorem adaptacji bajki Hansa Christiana Andersena oraz reżyserem spektaklu jest Jerzy Turowicz, muzykę skomponowali Janusz Baca i Mirosław Korbut.

KOW
Kurier Lubelski
25.02.2009



 

Miłość i przesądy

Recital

Podobno artyści należą do ludzi przesądnych, a Krystyna Szydłowska nie boi się ani 13., ani piątku.

Astereotypowi przesądnego artysty zdaje się przeczyć Krystyna Szydłowska, która wystąpi w Kawiarni Artystycznej Hades nie dość, że 13 dnia miesiąca, to jeszcze w dodatku w piątek.

 

Krystyny Szydłowskiej właściwie nie trzeba szczegółowo przedstawiać, zwłaszcza bywalcom Teatru Muzycznego. Z myślą o naszych młodszych Czytelnikach przypomnijmy jednak, że na lubelskiej scenie muzycznej występuje już blisko trzy dekady, w co patrząc na nią wręcz trudno uwierzyć. Przez większość owych lat należała do najpopularniejszych i najbardziej lubianych przez publiczność artystek tego teatru. Wyrazem tego był między innymi tytuł Aktorki Wiosny przyznany w plebiscycie zorganizowanym przez Kurier Lubelski, a także dwukrotnie otrzymana nagroda artystyczna wojewody lubelskiego. Na te wyróżnienia zapracowała rzetelnie - jej role w takich realizacjach jak: „Bal w Savoyu”, „Żołnierz królowej Madagaskaru”, „Hello, Dolly!” czy „Hrabina Marica” przeszły do historii Teatru Muzycznego i do dziś są wspominane przez wielu widzów.

Dziś Szydłowska nie pojawia się już na scenie tak często jak dawniej. Tym bardziej więc warto się wybrać na jej hadesowy recital zatytułowany „Cały świat nabrał barw”. W jego programie znajdą się wielkie przeboje z najpopularniejszych operetek i musicali, ale także piosenki napisane specjalnie dla Krystyny Szydłowskiej przez Zbigniewa Staweckiego i Jacka Abramowicza. A jako że wiele z nich traktuje o miłości, ten wieczór może być znakomitym wprowadzeniem w klimat nadchodzących walentynek. Śpiewaczce będą towarzyszyć skrzypaczka Monika Bordzoł oraz pianista Alfred Kędziora, na co dzień występujący w kameralnym zespole „Capriccio”.

Piątek, Recital Krystyny Szydłowskiej, Kawiarnia Artystyczna Hades, godz. 18.30

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
13.02.2009



 

„Traviata” dobrze się czuje na mniejszej scenie 

Przedstawienia „Traviaty” na „Globusie” miały charakter wyjątkowy, odświętny, zaś prawdziwym sprawdzianem było przeniesienie spektaklu na scenę teatralną. Dokonało się to w miniony weekend i spektakl wyszedł z tej próby zwycięsko.

Największy znak zapytania stał przy scenach zbiorowych. Samo porównanie rozmiarów sceny, jaką realizatorzy dysponowali w hali z tą w siedzibie teatru, mogło budzić obawy. A jednak się udało. W żadnej z dwóch scen zbiorowych, naprawdę licznie obsadzonych, nawet przez chwilę nie miało się poczucia tłoku. Pod tym względem zatem teatralna wersja „Traviaty” nic straciła wobec „halowej”. Pod innymi zaś wręcz zyskała. Mam tu na myśli przede wszystkim kluczową dla całej historii pierwszą odsłonę II aktu, czyli spotkanie Violetty z ojcem Alfreda oraz scenę śmierci bohaterki. Ich napięcie emocjonalne jest tak wielkie, że po prostu trzeba je oglądać bezpośrednio, a nie na telebimach. Dopiero w takich warunkach tworzy się autentyczna relacja pomiędzy wykonawcami a publicznością.

Aby jednak tak się stało, musi być spełniony podstawowy warunek - wykonawcy powinni nie tylko świetnie śpiewać (to rzecz oczywista), ale również prezentować wysokiej próby aktorstwo. Jak najlepsze wrażenie zrobiła debiutująca w partii Violetty Julia Iwaszkiewicz. Młoda śpiewaczka, obdarzona bardzo ładnym sopranem i potrafiąca nader umiejętnie zeń korzystać, świetnie odczytała niemal w pełni realistyczną (a na pewno akcentującą psychologię postaci) konwencję spektaklu. Znakomity jest również Leszek Skrla (Georges Germont), bodaj najbardziej wszechstronny z artystów lubelskiego teatru.

„Traviata”, Teatr Muzyczny, reż. Waldemar Zawodziński, niedziela, 1 lutego

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
03.02.09



 

Aida, jak La Traviata, będzie na Globusie?

Po sukcesie, jaki odniosła w Lublinie opera „La Traviata”, dyrekcja Teatru Muzycznego idzie za ciosem i zamierza wystawić kolejne dziełoGiuseppe Verdiego - monumentalną „Aidę”.

Również i ta inscenizacja miałaby być wystawiona w hali Globus przy ul. Filaretów. Jednak aby tak się stało, potrzebna jest zgoda władz miasta na nieodpłatne udostępnienie obiektu.

29 listopada na premierę zapowiadanej od wielu miesięcy „La Traviaty” przyszły tysiące widzów. Zdecydowana większość oceniła przedsięwzięcie jako jedno z największych wydarzeń kulturalnych Lublina.

- Jestem przekonany, że był to sukces. Pokazał, że w naszym mieście istnieje widownia operowa, która chce przychodzić na takie spektakle - ocenia Tomasz Janczak, który grał główną rolę męską w „La Traviacie”.

W tym roku jest szansa na kolejny, ale jeszcze bardziej wystawny spektakl - „Aidę”, która powstała w 1869 r., z okazji otwarcia Kanału Sueskiego .

- Próbujemy iść za ciosem i doprowadzić do lubelskiej premiery tego dzieła, a także pokazać władzom miasta, że środowiska artystów cały czas czekają na finał prac nad teatrem w budowie, który jest bardzo potrzebny naszemu miastu - mówi Tomasz Janczak.

Aby „Aida” zagościła w Lublinie potrzebna jest odpowiednia sala, bo jest to utwór monumentalny, który wymaga dużej przestrzeni. Dlatego muzycy ponownie zabiegają o to, aby miasto udostępniło im halę MOSiR-u. - Jestem przekonany, że spektakl po raz kolejny okaże się wielkim wydarzeniem kulturalnym dla Lublina - popiera starania teatru Marcin Nowak, radny miejski (PO).

Marcin Nowak zwrócił się do prezydenta Lublina o bezpłatne wypożyczenie hali.

- „La Traviata” nie zaistniałaby, gdyby nie pomoc, którą udzieliło miasto, dlatego jestem przekonany, że w tym roku również możemy osiągnąć dzięki niej sukces - stwierdził radny.

Wczoraj późnym po południem dyrekcja i aktorzy Teatru Muzycznego spotkali się w tej sprawie z Adamem Wasilewskim, prezydentem Lublina. To od niego zależy, czy hala Globusa zostanie użyczona Teatrowi Muzycznemu.

Kamil Krupa
Kurier Lubelski
31.01.2009



 

Piękna panna Violetta zaśpiewa we własnym domu

Bilety na najpiękniejszą operę Giuseppe Verdiego idą jak świeże bułeczki.

Wydawać by się mogło, że spektakle, które zobaczymy w ten weekend w Teatrze Muzycznym nie wymagają rekomendacji. Ubiegłoroczna premiera „Traviaty” Giuseppe Verdiego w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego okazała się spektakularnym sukcesem. Ukoronowaniem tego sukcesu była nominacja spektaklu do tytułu Lubelskiego Wydarzenia Roku 2008 w plebiscycie współorganizowanym przez „Kurier”.

Dwa premierowe spektakle, zaprezentowane w listopadzie ubiegłego roku w hali „Globus” zgromadziły ok. 8 tys. widzów. Jest to liczba ogromna; niektóre pozycje repertuarowe nie osiągają takiej przez cały czas eksploatacji. A mimo to okazało się, że zapotrzebowanie na „Traviatę” nadal jest wielkie.

Już na początku stycznia Biuro Organizacji Widowni Teatru Muzycznego dało znać dyrekcji, iż sześć zaplanowanych na drugą część sezonu spektakli opery Verdiego to zbyt mało, bowiem bilety idą jak ciepłe bułeczki. Można przyjąć, że na tak ogromne zainteresowanie złożyły się trzy grupy miłośników opery. Pierwsza - to ci, którzy z rozmaitych powodów nie mogli się wybrać na jeden z premierowych spektakli; druga (być może najliczniejsza) - to ci widzowie, których przedstawienie zachwyciło do tego stopnia, że chcą raz jeszcze je przeżyć; wreszcie trzecia - pragnąca spotkać się z dziełem Verdiego w jego - by tak rzec - naturalnym środowisku, na teatralnej scenie, nie zaś w hali sportowej.

W pierwszych tegorocznych spektaklach partię Violetty zaśpiewają Joanna Horodko (w sobotę) i Julia Iwaszkiewicz (w niedzielę). W rolę Alfreda wcielą się Tomasz Janczak i Adam Sobierajski, jego ojca zagra Leszak Skrla, zaś jako Florę zobaczymy i usłyszymy Elżbietę Kaczmarzyk-Janczak. Żałować wypada tylko tego, że w żadnym z tych przedstawień nie wystąpi Renata Drozd, która - jak donoszą moje głęboko zakonspirowane źródła w Teatrze Muzycznym - w partii Violetty byłaby znakomita. Może następnym razem zobaczymy i usłyszymy właśnie ją...

„La Traviata”, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sob. 18, niedz. 17

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
30.01.2009



 

Violetta czeka przy Skłodowskiej 

Liczne pozytywne niespodzianki i nowe dobre wrażenia obiecują realizatorzy kameralnej wersji "La Traviaty” (31.01, 1.02).

Wystawiając w listopadzie najsłynniejsze dzieło Verdiego w hali Globus, ekipa Teatru Muzycznego, wspomagana operowymi specjalistami spoza Lublina, udowodniła, że potrafi stworzyć wielkie widowisko dla 4 tysięcy widzów, nie poświęcając jakości dla ilości.

Śpiewacy wiarygodnie i na wysokim poziomie artystycznym odtworzyli historię romansu prostytutki i poety. Oprawa plastyczna - scenografia, kostiumy, charakteryzacja - zawierająca elementy XIX-wieczne, współczesne i futurystyczne zapewniła spektaklowi ponadczasowość.

Imponowały rozmiary sceny. Duże wrażenie robił rozmach choreograficzny w scenach zbiorowych i grupowych tańcach. Ale przecież nie w nich tkwi istota "La Traviaty” i nie one dominują. Najważniejsze rzeczy rozgrywają się w tej operze w kameralnych scenach.

Dlatego przeniesienie spektaklu na deski Teatru Muzycznego nie grozi jakimś strasznym spadkiem jego atrakcyjności. Za to może przekonać do niego tych, którzy byli zdegustowani samym faktem inscenizacji w hali widowiskowo-sportowej i go zbojkotowali.

Na początek będą dwa przedstawienia w sali przy Skłodowskiej 5. W sobotę 31 stycznia o godz. 18 i w niedzielę 1 lutego o godz. 17.

- Nie zabraknie mocnych i kontrowersyjnych akcentów, które spowodowały, że "La Traviata” rozpalała dyskusje w Lublinie - zapewniają organizatorzy i dodają: - Będą też liczne niespodzianki.

My możemy ujawnić, że w pierwszych tegorocznych spektaklach w roli kurtyzany Violetty wystąpią Joanna Horodko (w sobotę) i Julia Iwaszkiewicz (w niedzielę). W poetę Alfreda wcielą się Tomasz Janczak i Adam Sobierajski, a ojca nieszczęśliwie zakochanego młodzieńca zagra Leszak Skrla.

Kolejne przedstawienia "La Traviaty” zaplanowano na 13 i 14 lutego oraz 20 i 21 marca. Start za każdym razem o godz. 18.
Bilety do kupienia w kasie teatru.

Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
31.01.2009



 

Anegdoty i psoty mistrza Zarewicza

Jeśli o kimś można powiedzieć, że urodził się dla teatru, to osobą taką jest bez wątpienia Henryk Ryszard Żuchowski-Zarewicz. Ten niezwykle lubiany przez kilka pokoleń widzów artysta obchodzi właśnie 80. rocznicę urodzin, w co – patrząc nań – doprawdy trudno uwierzyć. A biorąc pod uwagę jego aktywność i plany można odnieść wrażenie, iż daleko mu nawet do sześćdziesiątki.

Metryka jednak mówi swoje i wypada jej wierzyć – zwłaszcza że chodzi o mężczyznę. Z artystkami w tej kwestii bywa różnie. Wystarczy wspomnieć, że prawdziwa data urodzenia wielkiej gwiazdy operetkowej Xeni Grey była strzeżona lepiej niż brytyjskie klejnoty koronne. Skoro więc jubilat przyznaje się do osiemdziesiątki, to wierzymy i… zazdrościmy formy.

Jak na człowieka teatru przystało, większość z owych osiemdziesięciu lat spędził na scenie. A właściwie bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że nawet więcej niż osiemdziesiąt. Jak bowiem wspomina w jednej ze swoich licznych książek jego matka, wybitna aktorka Halina Lubicz jeszcze na tydzień przed jego przyjściem na świat występowała w roli Matki Boskiej w „Betlejem polskim” Lucjana Rydla. Można więc rzec, iż droga życiowa Henryka Ryszarda Żuchowskiego-Zarewicza została wyznaczona z góry i po prostu nie mógł nie poświęcić się teatrowi.

Znaczna część owej drogi przebiegała przez Lublin. Trafił tu w sezonie 1974/75, ściągnięty przez Andrzeja Chmielarczyka, dyrektora Państwowej Operetki, jak nazywał się wówczas dzisiejszy Teatr Muzyczny. Obaj panowie znali się od dawna – jako dzieci bawili się wspólnie za kulisami Teatru Narodowego w Toruniu, gdzie grała matka jednego i rodzice drugiego, a później spotkali się jeszcze na studiach teatralnych w Łodzi. Dyrektor Chmielarczyk nie brał go więc w ciemno, ale być może sam się nie spodziewał, że angażuje artystę, który na ponad trzy dekady stanie się jednym z filarów lubelskiej sceny muzycznej. W Teatrze Muzycznym zrealizował Ryszard Zarewicz 31 spektakli i pełnoobsadowych koncertów, co czyni zeń absolutnego rekordzistę, którego pozycji zapewne jeszcze długo nikt nie zagrozi. Zaś ról, które tu zagrał, zliczyć niemal nie sposób. A były wśród nich prawdziwe perełki. Jak choćby lokaj Grzegorz w „Żołnierzu królowej Madagaskaru”, bardziej arystokratyczny niż niejeden sceniczny hrabia czy nawet książę. Należy także do tych reżyserów, którzy najlepiej zapisali się w pamięci krytyków. Nigdy nie było problemu z przeprowadzeniem z nim przedpremierowej rozmowy. Zapraszał nas też na próby, i to nie tylko te generalne, odsłaniając kulisy (choć oczywiście nie wszystkie) swojego warsztatu. Jest także autorem pomysłu obchodzenia Dnia Recenzenta. Co roku, w przeddzień Międzynarodowego Dnia Teatru, otrzymujemy od niego kartki z życzeniami. Jego książki zaś niejednokrotnie wspomagały zawodną czasem dziennikarską pamięć.

Ale reżyseria i aktorstwo to byłoby za mało dla człowieka tak aktywnego jak Żuchowski-Zarewicz. Jest bowiem także scenarzystą, autorem słuchowisk radiowych i sztuk teatralnych, opowiadań, powieści kryminalnych, książek wspomnieniowych i poradników savoir-vivre’u. Ta ostatnia tematyka uczyniła zeń naszego kolegę – na łamach Kuriera pod pseudonimem Lord Aperitif publikował chętnie czytane felietony o niełatwej sztuce bon tonu. Wreszcie trzeba wspomnieć jego wieloletnią pracę pedagogiczną w łódzkiej filmówce. Wśród jego studentów byli tak znakomici aktorzy, jak Janusz Gajos, Jerzy Kamas, Mariusz Benoit, a z lubelskich – Henryk Sobiechart i Jerzy Rogalski. Podsumowując wszystko pierwszym określeniem, jakie mi się nasuwa, to – jednoosobowa instytucja artystyczna.

W 2005 roku Henryk Ryszard Żuchowski-Zarewicz wydał książkę „To se ne vrati, czyli pożegnanie z Lublinem”. Na szczęście nie było to pożegnanie definitywne.

 Aktor, reżyser, felietonista

W lubelskiej Państwowej Operetce i Teatrze Muzycznym pracował od sezonu 1974/1975 do 2002/2003. Wyreżyserował 31 spektakli, zagrał 54 role. W całej karierze ma ich ponad 150. Reżyserował także m.in. w Teatrze Osterwy, Teatrze Nowym i Studium Dramaturgii Współczesnej oraz na licznych scenach w całej Polsce. Autor ponad 30 książek, głównie o teatrze.

Jubileusz i promocja książki „Teatr w anegdocie...”, DK LSM, piątek, g.18 (tylko dla dorosłych)

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
28.01.2009



 

Gdybym był bogaty, czyli Tewje na scenie

W całej ponad 60-letniej już historii lubelskiego Teatru Muzycznego nie było spektaklu, który byłby grany tak długo jak „Skrzypek na dachu”. Premiera tego wspaniałego musicalu Jerry'ego Bocka odbyła się 20 listopada 1994 roku, jeszcze na starej scenie w Domu Kultury Kolejarza. Jak łatwo obliczyć, „Skrzypek…” pozostaje na afiszu już ponad 14 lat.

Niewiele jednak brakowało, by definitywnie zniknął z Lublina. Krzysztof Kutarski, dyrektor Teatru Muzycznego, wspomina, że kiedy obejmował stanowisko, słyszał głosy, iż ta realizacja już się „zgrała” i należy z niej zrezygnować. Zdecydował się jednak na jej wznowienie i to przez tę samą ekipę realizatorów, z reżyserem Zbigniewem Czeskim i kierownikiem muzycznym Lucjanem Jaworskim na czele. Co sprawiło, że wciąż mamy do czynienia z tym samym „Skrzypkiem na dachu”. Oczywiście w spektaklu zaszły pewne zmiany, głównie obsadowe, związane z nieuchronną wymianą pokoleniową wykonawców. Choć niektórych artystów występujących w - nazwijmy to tak - wersji pierwotnej, możemy oglądać do dziś. Swoje dawne role nadal grają m.in.: Irena Chodziakiewicz (swatka Jenta), Andrzej Sikora (Lejzor Wolf), Paweł Stanisław Wrona (Fiedka) i Beata Kamińska (Skrzypek). Z kolei Krystyna Szydłowska, która zaczynała od roli jednej z córek Tewjego, teraz wciela się w postać jego żony - Gołdy. Jako rabin z Anatewki pojawia się również Marian Josicz, którego wyśmienita kreacja w roli Tewjego obrosła wręcz legendą.

Skrzypek na dachu, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, piątek-sobota, godz. 18

KOW
Kurier Lubelski
23.01.2009



 

Powrót królewny Śnieżki

Repertuar lubelskiego Teatru Muzycznego w ostatnich sezonach obejmuje już właściwie wszystkie (poza śpiewogrą) najważniejsze gatunki sceny muzycznej.

A są to formy od opery (i to nie tylko komicznej) poprzez operetkę, musical aż po na wskroś współczesną bajkę muzyczną, a nawet przedstawienie baletowe. To dobrze świadczy o wszechstronności zespołu oraz trosce dyrekcji o zaspokajanie rozmaitych gustów publiczności. Także tej najmłodszej, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z teatrem muzycznym.

Właśnie młodzi widzowie są głównym adresatem wspomnianego przedstawienia baletowego – baśni „Królewna Śnieżka”. Mogłoby się wydawać, że wystawienie spektaklu baletowego dla dzieci było pewnym ryzykiem. Taka forma sceniczna wymaga bowiem nieco innego podejścia widzów niż tradycyjna bajka muzyczna, w której taniec jest tylko jednym z elementów, wymaga chyba większego wykorzystania wyobraźni.

To, że teatr zdecydował się na ten gatunek, świadczy o tym, że poważnie traktuje swoją młodą publiczność. Z pewnością był to jednak pewien eksperyment. Okazało się wszakże, iż takie ryzyko warto podejmować, bowiem „Śnieżka” spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem. Tylko w ubiegłym roku na dziewięciu spektaklach obejrzało ją ponad 8200 widzów, co oznacza ponad 90-procentową frekwencję.

Co zdecydowało o tak dobrym przyjęciu?

Z pewnością fakt, że przedstawienie zostało oparte na jednej z najpiękniejszych i najbardziej znanych baśni na świecie. Wpadająca w ucho muzyka Bogdana Pawłowskiego oraz interesująca choreografia Violetty Suskiej. A także kunszt odtwórczyni roli tytułowej – Beaty Kamińskiej, bodaj najlepszej tancerki w całej historii lubelskiej sceny muzycznej. Właśnie jej udział w spektaklu sprawia, że „Królewnę Śnieżkę” z przyjemnością oglądają nie tylko młodzi, lecz także starsi widzowie. Pojawienie się jej na scenie to zawsze duże przeżycie artystyczne.

Aby nie być gołosłownym – chyba każdy, kto widział poprzednią lubelską realizację „Barona cygańskiego”, zapamiętał brawurowy taniec markietanki, w którym Kamińska lekkością swego tańca niemal przeczyła istnieniu grawitacji. A i później niejednokrotnie otrzymywała brawa przy otwartej kurtynie. Polecam „Śnieżkę”wszystkim.

„Królewna Śnieżka”, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, środa - czwartek, godz. 11.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
21.01.2009



 

Traviata i Skrzypek

Spośród wszystkich wydarzeń, jakie w 2008 roku miały miejsce w Teatrze Muzycznym w Lublinie, dwa były szczególne i z pewnością zapisały się w jego historii.

Były to obchody 60-lecia sceny muzycznej w Lublinie, uświetnione majowym Koncertem Jubileuszowym oraz listopadowa premiera „Traviaty”, największego przedsięwzięcia teatru w całych jego dziejach. Być może zresztą jest jeszcze trzecia rzecz godna zapisania w kronice - mianowicie aż 18 tytułów na afiszu, co jest wynikiem rekordowym.

Teatr Muzyczny zagrał w ubiegłym roku 138 razy, a jego spektakle obejrzało i wysłuchało 48,5 tys. widzów. Oznacza to średnią frekwencję wynoszącą 85 proc. Jak udało się osiągnąć taki wynik?

- Mam nadzieję, że decydująca była jakość artystyczna naszych spektakli - mówi Krzysztof Kutarski, dyrektor naczelny teatru. - Ale z pewnością przyczyniły się do tego również przedsięwzięcia organizacyjne. Mam na myśli ogłaszanie repertuaru z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, co ułatwia widzom planowanie wizyt w teatrze, a także wprowadzenie sprzedaży biletów przez internet oraz możliwość płacenia za nie przy pomocy kart.

W porównaniu do lat poprzednich, kiedy nie było takich możliwości, wzrost frekwencji widać wyraźnie. Pomogła też „Traviata”, bowiem towarzysząca jej kampania promocyjna oraz liczne publikacje prasowe sprawiły, że informacje o naszym teatrze (a czasem wręcz świadomość jego istnienia) dotarły do większości lublinian. To wszystko zwiększyło zainteresowanie teatrem i jego ofertą repertuarową.

Pod względem ilości widzów na jednym spektaklu rekordowa była oczywiście „Traviata”. Na dwa przedstawienia w hali „Globus” sprzedano 6873 bilety, co daje średnią 3426 widzów. Faktycznie jednak publiczność była jeszcze liczniejsza, bowiem należy dodać zaproszenia, głównie dla firm sponsorujących tę realizację. 1100 osób było na Wielkim Koncercie Galowym w muszli w Ogrodzie Saskim, a 540 widzów zobaczyło „Wesołą wdówkę” w Puławach.

Owe - nazwijmy je tak - rekordowe przedstawienia były prezentowane poza siedzibą Teatru Muzycznego. A jak było we własnej sali? Z danych, które otrzymałem w teatrze wynika, że absolutną rekordzistką była… „Calineczka”. Tę baśń muzyczną zagrano aż 28 razy, a obejrzało ją 8612 widzów, czyli więcej nawet niż „Traviatę”. Wielkim powodzeniem cieszyły się też - grane po 14 razy - „Skrzypek na dachu” (4487 widzów) i „Zemsta nietoperza” (3958 osób).

- Powodzenie „Skrzypka…” jest dla mnie powodem satysfakcji - mówi Krzysztof Kutarski. - Kiedy przyszedłem do teatru, przekonywano mnie, że ten spektakl jest już zgrany i nie warto doń wracać. Zdecydowałem się jednak na wznowienie i był to dobry krok. Okazało się, że na tę pozycję wciąż jest zapotrzebowanie i „Skrzypek…” idzie jak burza, osiągając ponad 90-procentową frekwencję. Takich spektakli jest zresztą więcej. Teraz chyba przyjdzie czekać na… koników przed kasami teatru - dodaje żartobliwie dyrektor.

Czy koniki się pojawią? - nie wiemy, ale życzymy, by w 2009 roku widzów było jeszcze więcej.

To niewykluczone, bo w repertuarze pozostają wszystkie największe hity, a w planach jest kolejna realizacja - musical „Chicago” - która może stać się następnym wielkim przebojem.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
14.01.2009



 

Calineczka - rekordzistka teatralna

Gdybyśmy postawili pytanie: który ze spektakli Teatru Muzycznego w 2008 roku obejrzało najwięcej widzów i który był grany najwięcej razy, odpowiedź byłaby zapewne zaskakująca. Nie była to bowiem „Traviata”, ani idący jak burza (wedle słów dyrektora Krzysztofa Kutarskiego) musical „Skrzypek na dachu”.

Ową rekordową realizacją była baśń muzyczna „Calineczka”, którą na 28 przedstawieniach obejrzało ponad 8600 widzów, głównie najmłodszych.

To adaptacja jednej z najsłynniejszych bajek H. Ch. Andersena, na której wychowywały się całe pokolenia. Jest to utwór powszechnie znany, co jednak nie powinno zniechęcać do wybrania się do teatru; przeciwnie - warto zobaczyć, jak losy Calineczki przedstawili twórcy spektaklu. Posłuchać melodyjnych piosenek i zobaczyć efektowne sceny baletowe, w wykonaniu m.in. rodziny muzykujących żab „Trio Skrzek” oraz „Rewii Szczypawek”. A także poznać wszystkie inne przygody maleńkiej bohaterki z kwiatu nenufaru.

Autorem adaptacji bajki Andersena i reżyserem spektaklu jest Jerzy Turowicz, od lat specjalizujący się w przedstawieniach dla dzieci. Muzykę skomponowali Janusz Baca i Mirosław Korbut, scenografia i kostiumy są dziełem Ireneusza Salwy, zaś choreografia Marcina Marca. W spektaklu biorą udział soliści, chór, balet oraz orkiestra Teatru Muzycznego.

Calineczka, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, środa - czwartek, g.11.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
14.01.2009



 

Tyrolskie jodłowanie w Lublinie

Eksplozja ludowości oraz tyrolski folklor wychodzą naprzeciw światu salonów i kabaretów. Burząca konwencję, malownicza operetka w trzech aktach. – To w skrócie o „Ptaszniku z Tyrolu” C. Zellera.Spektakl od lat cieszy się popularnością, będąc jednym z największych operetkowych przebojów. Nie bez powodu. Koloryt tej sztuki współtworzy kilka płaszczyzn, które niezwykle harmonijnie prowadzą widza przez świat tyrolskiego folkloru. Przełamując stereotyp salonowości, charakterystycznej dla tego gatunku, Zeller wprowadza rozśpiewany tyrolski folklor. Uzupełniają go świeże ludowe melodie i żywe wiejskie krajobrazy. Na tle tych sielskich obrazów rozwijają się miłosne perypetie listonoszki Krysi i ptasznika Adama. Do okolicznych lasów przybywa książę. Zakochani postanawiają wykorzystać tę wizytę. Protekcja gościa ma poprawić sytuację materialną pary kochanków. Okoliczni mieszkańcy solennie szykują się do wizyty księcia. Starania organizatora wizyty, barona Wepsa, zmieniają się jednak w ciąg nieporozumień. Z chwilą, gdy okazuje się, że książę nie przyjedzie, bratanek Wepsa – Stanisław, postanawia się pod niego podszyć. Pozornie niewinne oszustwo wywołuje lawinę kolejnych nieszczęść. Dochodzi do zerwania zaręczyn Krysi i Adama. W zakończeniu sztuki, Zeller przedstawia się jednak jako klasyk. Autor „Ptasznika z Tyrolu” doprowadza do happy endu. Nie brakuje tyrolskiego jodłowania i śpiewu leśnych ptaków. W inscenizacji zobaczymy solistów, balet, chór i orkiestrę Teatru Muzycznego w Lublinie. Najmocniejszymi stronami partytury „Ptasznika” są pogodne sceny ansamblowe. Niezapomniany wieczór zapewnia mistrzowski melodyjny duet Adama i Krysi, zatytułowany „Kiedy w Tyrolu róży kwiat...”, oraz piosenki Adama „Lat dwadzieścia miał mój dziad...”. Utwory te znacznie przyczyniły się do sukcesu sztuki, tym razem w reżyserii Andrzeja Rozhina, pod kierownictwem muzycznym Jacka Bonieckiego.

Anna Jasińska
Moje Miasto Lublin
12.01.2009



 

Gdzie można trafić po balu

Zaczął się długo oczekiwany karnawał, a wraz z nim oczywiście bale. Jaki będzie zapewne największy, a na pewno najbardziej rozśpiewany i... najpikantniejszy bal w trakcie rozpoczynającego się dziś weekendu? Oczywiście ten w pałacu księcia Orlovsky'ego.

Wśród gości księcia (Darina Gapicz) znajdą się m.in.: bankier Gabriel von Eisenstein (Tomasz Janczak - w piątek i Tomasz Rak - w sobotę), skryta za maseczką jego piękna żona Rozalinda (wyśmienita Renata Drozd), knujący wyrafinowaną intrygę przyjaciel Gabriela - dr Falke (Marcin Żychowski), a nawet marząca o karierze aktorki pokojówka Adela (Karolina Gorgol). A na balu - jak to na balu: szampan będzie się lać strumieniami, a wszyscy będą do upadłego tańczyć, zwłaszcza w rytm walców i polek. Pecha będzie miał jedynie dawny narzeczony Rozalindy, śpiewak Alfred (Tomasz Garbarczyk), który - wzięty za Eisensteina - spędzi balową noc w więzieniu, pod czujnym (powiedzmy…) okiem strażnika Froscha (świetny Roman Baranowicz). Samotność jednak nie będzie mu doskwierać zbyt długo, bowiem następnego ranka dołączy doń niemal całe balowe towarzystwo. Co można potraktować jako swego rodzaju memento, ażeby podczas karnawałowych szaleństw zachować jednak pewien umiar; bowiem nie każde więzienie jest miejscem tak miłym jak to prowadzone przez dyrektora Franka (Leopold Stawarz).

Wszystko to rozegra się na scenie Teatru Muzycznego w „Zemście nietoperza”, jednej z najlepszych operetek Johanna Straussa (syna).

* Piątek - sobota, Teatr Muzyczny, „Zemsta nietoperza”. Godz. 18

KOW
Kurier Lubelski
09.01.09



 

Bajka na początek

Pierwszą publicznością, która w nowym roku zasiądzie na widowni lubelskiego Teatru Muzycznego, będą najmłodsi widzowie. Scena muzyczna rozpoczyna rok 2009 od bajki „Kot w butach”.

Inspiracją dla twórców przedstawienia było opowiadanie jednego z mistrzów literatury dla dzieci - Jana Brzechwy. Jednak znana powszechnie historia została tu wzbogacona o zupełnie nowe postacie i wątki. Nawet więc jeśli ktoś zna kanoniczną wersję opowieści, nie będzie się nudzić na spektaklu, ponieważ klasyczna baśń nabiera na scenie nowych walorów, a spektakl - z czynnym udziałem młodej publiczności, wciąganej przez wykonawców w akcję - staje się wspaniałą lekcją wyobraźni.

„Kot w butach” jest dziełem duetu twórców: kompozytora Janusza Bacy oraz autora libretta Jerzego Turowicza, który też spektakl wyreżyserował. W przedstawieniu bierze udział ok. 60 osób: soliści, chór, balet i orkiestra.

„Kot w butach”, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, 7 stycznia, godz. 11

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
06.01.2009



 

Powiew karnawału

Tylko cztery dni dzielą nas od sylwestra. Dobrym wprowadzeniem w nastrój tej szczególnej nocy może być propozycja Teatru Muzycznego na trwający właśnie, ostatni w tym roku weekend - "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa (syna).

Przypomnijmy, że głównym powodem intrygi, owej tytułowej zemsty, był kawał, jaki bohater operetki, Eisenstein, zrobił swojemu przyjacielowi Falkemu właśnie w karnawale. A w dodatku cały drugi akt spektaklu rozgrywa się na balu wydanym przez księcia Orlovsky'ego. Co prawda na dzisiejszych balach królują zdecydowanie inne rytmy niż niegdyś, ale słuchanie walców i polek Straussa (a tych nie brakuje w "Zemście nietoperza"), to zawsze sama przyjemność. A czardasz Rozalindy i aria "ze śmiechem" Adeli z II aktu należą do największych przebojów całej literatury operetkowej, znanych nie tylko zdeklarowanym miłośnikom podkasanej muzy.

Publiczność ostatnich tegorocznych spektakli Teatru Muzycznego usłyszy je w wykonaniu Doroty Laskowieckiej (Rozalinda) oraz Iwony Sochy (Adela). A obydwu popularnym solistkom będą tym razem towarzyszyć w głównych partiach męskich: Witold Wrona (Eisenstein), Tomasz Janczak (Alfred) i Andrzej Witlewski (Falke).

"Zemsta nietoperza", Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sob. - godz. 18, niedz. - godz. 17.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
27.12.2008



 

Arie na Nowy Rok

Koncerty w ostatni wieczór roku stały się już tradycją lubelskiego Teatru Muzycznego. Polubili je i artyści, i publiczność, dla której to okazja do spotkania z wielkimi przebojami sceny operowej i operetkowej, a także świetny wstęp do całonocnych sylwestrowych szaleństw.

W repertuarze TM znajdują się aktualnie pozycje obfitujące w wielkie szlagiery, wiele z nich będzie można usłyszeć w programie sylwestrowego koncertu. Znajdą się wśród nich m.in. czardasz Rozalindy i aria „ze śmiechem” Adeli z „Zemsty nietoperza”, czardasz tytułowej bohaterki z „Hrabiny Maricy”, kuplety Homonaya z „Barona cygańskiego”, a także dwa fragmenty z „Traviaty”, najnowszej i największej realizacji teatru - aria Violetty oraz toast „Libiamo” w wykonaniu wszystkich artystów biorących udział w koncercie. Usłyszymy również popularne arie i duety z operetek nie wystawianych w Lublinie, jak „Kraina uśmiechu” i „Wiedeńska krew” oraz musicali: „My Fair Lady”, „Koty”, „Upiór w operze” i „Chicago”. A to przecież jeszcze nie wszystkie atrakcje koncertu.

Wszystkie te utwory wykonają popularni i lubiani soliści Teatru Muzycznego: Dorota Laskowiecka, Julia Iwaszkiewicz, Joanna Horodko, Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, Małgorzata Rapa, Agnieszka Kurkówna, Tomasz Janczak, Andrzej Witlewski, Marian Josicz i Roman Baranowicz. Szkoda tylko, że wśród nich zabraknie dwóch znakomitych artystek - Renaty Drozd i Krystyny Szydłowskiej, które w podobnych koncertach zawsze podbijają publiczność. Będą natomiast chór, balet i orkiestra pod batutą Jacka Bonieckiego.

Jak widać, program koncertu sylwestrowego gwarantuje dobrą zabawę na pożegnanie odchodzącego roku. A komu będzie mało, może jeszcze nabyć karnet na bal sylwestrowy w Teatrze Muzycznym. I z wielkimi przebojami nie tylko pożegnać stary, lecz także powitać Nowy Rok.

Koncert sylwestrowy w Teatrze Muzycznym, 31 grudnia, godz. 19

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
20.12.2008



 

Cyganie i miłość

Można się spierać o to, która operetka jest najlepsza, ale z pewnością nie zabraknie wśród faworytek „Barona cygańskiego” Johanna Straussa (syna).

Jest w tym pewien paradoks, bowiem „Baron…” w zamierzeniu kompozytora wcale operetką miał nie być. Strauss pisał go z myślą o wiedeńskiej Hof-oper, a o tym, że prapremiera odbyła się na scenie operetkowej zadecydowały nawiązane bez jego wiedzy kontakty autora libretta z Theater an der Wien, specjalizującym się w lżejszym repertuarze. Ambicjonalny zawód zrekompensowało kompozytorowi entuzjastyczne przyjęcie jego dzieła, i to zarówno przez publiczność, jak też krytykę, co nie zawsze idzie w parze. Marzenia Straussa zresztą się spełniły - „Baron cygański” trafił na wielką scenę i dziś równie często grywany jest przez teatry operowe i operetkowe. Operowy charakter ma lubelska inscenizacja dzieła, która w ten we-ekend powraca na scenę Teatru Muzycznego.

Co zadecydowało o trwającej już ponad 120 lat popularności dzieła? Niewątpliwie świetne libretto, barwny cygański folklor oraz blask wiedeńskiego dworu, i wreszcie… ukryty skarb. A nade wszystko jest tu wspaniała muzyka, ze znaną chyba wszystkim arią „Wielka sława to żart” i walcem „Ach, co za blask…” na czele. Można tego słuchać w nieskończoność.

W najbliższych spektaklach w postać pięknej Cyganki Saffi wcielą się na zmianę Joanna Horodko (w piątek) oraz Renata Drozd (w sobotę), a w roli Sandora Barinkaya, tytułowego barona cygańskiego, zobaczymy i usłyszymy Tomasza Janczaka.

Baron cygański, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, piątek, sobota, godz. 18

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
19.12.2008



 

Dwa wieczory z ognistą Carmen

Za oknami chłód zwiastujący nadchodzącą zimę, ale w Teatrze Muzycznym będzie w ten weekend gorąco. Czy może być inaczej, jeśli na dwa wieczory zamieni się on w słoneczną Hiszpanię? Po dwumiesięcznej przerwie wraca na scenę „Carmen” Georgesa Bizeta.

Premiera spektaklu odbyła się w listopadzie 2003 r. i została znakomicie przyjęta zarówno przez krytyków, jak i przez publiczność. Okazało się, że jest w Lublinie zapotrzebowanie na operę, zatem dyrekcja Teatru Muzycznego zdecydowała się wznowić tę pozycję w październiku bieżącego roku.

W tym przypadku wznowienie nie oznaczało pośpiesznego „odgrzania” pierwotnej wersji przez asystenta reżysera, lecz odbyło się pod okiem samego twórcy spektaklu Waldemara Zawodzińskiego i pod muzycznym kierownictwem Jacka Bonieckiego. W rezultacie publiczność otrzymała nie odkurzony antyk, ale odnowioną wersję przedstawienia, przystosowaną do nowych możliwości zespołu.

Przez owe lata dzielące nas od premiery zmieniła się nieco obsada spektaklu. Ale tytułową partię - tak jak na początku - nadal śpiewa Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak, a jak to czyni, będzie się można przekonać na najbliższych przedstawieniach. A towarzyszyć jej w nich będą m.in.: Tomasz Janczak (Don Jose), Dorota Laskowiecka (Micaela), Andrzej Witlewski (Escamillo) i Marcin Żychowski (Zuniga).

Carmen, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, sob. 18, niedz. 17

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
12.12.08



 

O najsławniejszym mleczarzu świata

Jeśli o jakiejś realizacji lubelskiego Teatru Muzycznego można powiedzieć: legendarna, to z pewnością jest nią „Skrzypek na dachu”.

Któż nie zna wielkich musicalowych przebojów, takich jak „Anatewka”, „Tradycja”, „To świt, to zmierzch”, a nade wszystko - najsłynniejszego z nich - „Gdybym był bogaczem”? Na lubelskiej scenie muzycznej po raz pierwszy zabrzmiały one - aż trudno uwierzyć - w listopadzie 1994 roku, a więc 14 lat temu. Właśnie wtedy odbyła się premiera musicalu Jerry'ego Bocka, w reżyserii Zbigniewa Czeskiego, pod kierownictwem muzycznym Lucjana Jaworskiego. Z fantastyczną kreacją Mariana Josicza w roli Tewjego.

Od tego czasu „Skrzypek na dachu” przez cały czas pozostaje w repertuarze Teatru Muzycznego. Choć oczywiście jego obsada zmieniała się parokrotnie; jedni artyści odchodzili, a inni przychodzili na ich miejsce.

Zawsze jednak te zmiany były przeprowadzane pod okiem reżysera, co sprawiało, iż ta pokoleniowa wymiana odbywała się płynnie i nie naruszała delikatnej tkanki spektaklu. Należy przypuszczać, że publiczność to doceniła, bowiem „Skrzypek…” po dziś dzień jest grany przy kompletach na widowni. A ci, dla których zabrakło biletów na spektakle grudniowe, kolejną okazję do spotkania z Tewjem będą mieli w styczniu przyszłego roku.

Przypominamy, że trwa już sprzedaż biletów na koncert sylwestrowy w TM.

Skrzypek na dachu, Teatr Muzyczny, ul. Skłodowskiej 5, pt. - sob. 18, niedz. 17

KOW
Kurier Lubelski
05-12-08



 
Sukces "Traviaty"

"La Traviata" w reż. Waldemara Zawodzińskiego w Teatrze Muzycznym w Lublinie. Pisze Adam Czopek w Naszym Dzienniku.

«Owacją na stojąco przyjęła blisko czterotysięczna publiczność premierę "Traviaty" G. Verdiego, zrealizowaną z rozmachem przez zespoły lubelskiego Teatru Muzycznego w hali "Globus". Przyznać należy, że było co oklaskiwać, bo przedstawienie zostało dopracowane w każdym szczególe zarówno pod względem inscenizacyjnym, jak i muzycznym.

Prosta, oparta na systemie białych ekranów i podestów, a przy tym pełna przestrzeni i funkcjonalna scenografia pozwoliła reżyserowi na prowadzenie akcji na dwóch poziomach. Jednym z ciekawszych pomysłów było pozostawianie na scenie całego zespołu w obu wielkich scenach zbiorowych. W chwilach, kiedy akcja rozgrywała się między bohaterami dramatu, chór stawał (zastygał w określonych pozycjach) tyłem do nich. To świetnie wzmacniało dramaturgię i zwartość przedstawienia. Ważną rolę przypisano też kolorystyce i oświetleniu, to one budowały klimat każdej ze scen. W scenie balu u Violetty dominowała biel, bal u Flory był w tonacji czarno-białej z dodatkiem czerwieni kostiumów tancerek. Nie rozumiem tylko, dlaczego do II aktu ni stąd, ni zowąd została wprowadzona na chwilę naga kobieta. Miałem wrażenie, że nikt na nią nie zwrócił uwagi, na scenie bowiem działy się w tym momencie rzeczy bardziej interesujące (taniec cygański i hiszpański) niż owa pani, która w żaden sposób nie pasowała do sceny, gdzie dramat głównych bohaterów rośnie z minuty na minutę. Czemu miał służyć ten prymitywny zabieg? Na pewno nie podwyższał poziomu artystycznego spektaklu, lecz przeciwnie, zdecydowanie go obniżał. Pozostając przy stronie wizualnej przedstawienia, wypada jeszcze wspomnieć o ciekawych sukniach i smokingach o współczesnym kroju. Wielkie brawa należą się Janinie Niesobskiej za ciekawe i pełne dynamizmu układy choreograficzne, świetnie tańczone przez lubelskich tancerzy.

Dużą satysfakcję sprawiła też obsada. Gwiazdą wieczoru była bez wątpienia Joanna Woś. Stworzyła ona w pełni wiarygodną kreację wokalno-aktorską, która na długo zapadnie w pamięć tych, co mieli możliwość jej obejrzenia. Można powiedzieć, że ona nie grała, ona po prostu była zakochaną, zdolną w imię miłości do najwyższego poświęcenia kobietą, która wie, że jest śmiertelnie chora. Wokalnie zachwycała nienaganną emisją, nośnym piano i wspaniałym legato. Do tego należy dodać wyrównane w każdym rejestrze brzmienie, wspaniale śpiewane koloratury i ogrom kultury muzycznej w subtelnym kreśleniu głosem dramatu Violetty. Partię zakochanego Alfreda zaśpiewał z powodzeniem Tomasz Janczak, któremu udało się stworzyć wiarygodną postać młodego człowieka niemogącego się pogodzić z utratą ukochanej. Piękną pod każdym względem kreację stworzył też Zbigniew Macias, który w partii Giorgia Germonta, ojca Alfreda, ujmował muzyczną kulturą i świetnie brzmiącym głosem. Całej wymienionej trójce dzielnie dotrzymywali kroku: Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak w partii Flory, Grzegorz Szostak jako Doktor Grenvil i Andrzej Witlewski - Baron Douphal. Pięknie spisały się również chóry.

Jackowi Bonieckiemu udało się wydobyć z partytury wyrazistą i dobrze rozplanowaną dynamikę oraz narastający w muzyce dramat. Była też charakterystyczna dla "Traviaty" taneczna lekkość w rytmie walca i śpiewność, pod którą czai się od samego początku dramat głównych bohaterów. I wszystko byłoby dobrze, gdyby jeszcze dyrygentowi udało się wydobyć z partytury wszystkie niuanse i smaczki, co w warunkach potężnej hali sportowej jest dość trudne. Mam nadzieję odnaleźć je w wykonaniu stricte teatralnym, które zapowiedziano na 29 stycznia.»

"Sukces "Traviaty""
Adam Czopek
Nasz Dziennik nr 281 online
02-12-2008




 

Traviata podbiła serca lublinian

Jeszcze nigdy tylu lublinian nie widziało opery w swoim mieście co w miniony weekend. W sobotę prawie cztery tysiące i w niedzielę tyle samo osób oglądało i słuchało w hali Globus jednego z najsłynniejszych śpiewanych dramatów - "La Traviaty” Giuseppe Verdiego.

W sobotę po przedstawieniu publiczność podziękowała artystom długą owacją. Na zdjęciu: od prawej Tomasz Janczak i Joanna Woś

Zespół Teatru Muzycznego wraz z zaproszonymi specjalistami od oper pracował nad tym spektaklem od kilku miesięcy. Efekt był sukcesem frekwencyjnym. Widać było tylko nieliczne puste krzesełka na widowni. Na "La Traviatę” przyszli lublinianie i przyjechali amatorzy wrażeń operowych z Lubelszczyzny i z kraju.

Parking przy hali w obydwa dni był zapełniony autokarami i autami osobowymi z rejestracjami z najodleglejszych województw. Z braku miejsca część samochodów stała na okolicznych parkingach, uliczkach i - niestety - trawnikach osiedlowych. Dużą frekwencję dało się nieprzyjemnie odczuć podczas przerw, kiedy trzeba było się przeciskać przez tłum korytarzami i holami do toalet czy do palarni na zewnątrz obiektu.

Jednak te niewygody znakomicie rekompensowała sztuka. Widzom, wymieniającym się obserwacjami na przerwach, imponowała Joanna Woś, która wcieliła się w główną bohaterkę Violettę. Euforycznie wypowiadali się też o Tomaszu Janczaku, który zagrał Alfreda, kochanka kurtyzany. Nie wszystkim podobały się odważne, przeźroczyste stroje lateksowe postaci z trzeciego planu, przygotowane przez jedną z najlepszych specjalistek w branży Izabelę Stronias. Nie każdemu przypadła też do gustu oszczędna biało-beżowa scenografia.

Ale po spektaklu zdecydowana większość widzów wychodziła z uśmiechami na twarzach.

Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
01-12-08



 

Trwa "La Traviata”

Opera zaczęła się o godz. 18.30, z półgodzinnym poślizgiem. Publiczność wypełniła niemal całą salę, mogącą pomieścić 4 tys. osób. Ludzie słuchają i patrzą oczarowani. Akcja rozgrywa się na biało-beżowej dwukondygnacyjnej scenie ze schodami.

Wszystko, co dzieję się na scenie, doskonale widać nawet z najodleglejszych miejsc. Dodatkowo na dwóch ekranach można oglądać zbliżenia z kilku kamer i czytać polskie tłumaczenie libretta.

Dźwięk jest pierwszorzędny, doskonale słychać orkiestrę, chór i solistów, śpiewających z mikrofonowymi mikroportami. Nad nagłośnieniem pracuje kilku akustyków przy trzech stołach mikserskich.

Wykonujący główne role Joanna Woś (kurtyzana Violetta) i Tomasz Janczak (poeta Alfred) są w znakomitej formie. W pierwszym akcie porywająco wyśpiewali słynny toast "Libiamo, libiamo” ("Więc pijmy”). Po duecie wybuchły wielkie brawa.
Woś dostała też moc oklasków za piekielnie trudną arię "Sempre libera”. Popisała się w niej śpiewem w różnych rejestrach i z różną dynamiką.

Oczy kleją się do bajecznych strojów zaprojektowanych przez Izabelę Stronias. Główne postacie występują w białych balowych kreacjach w stylu XIX-wieczego Paryża.

Bardzo ciekawie ubrane są postacie trzeciego planu. Wprowadzają one na scenę współczesność poprzez odlotowe kostiumy wykonane z białej tkaniny i z przezroczystego plastyku.

Lubelską inscenizację słynnego dzieła Giuseppe Verdiego przygotował Teatr Muzyczny w Lublinie.

Opera ma potrwać cztery godziny.


Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
29-11-2008



 

O 21.47 zmarła Violetta

Tuż przed godziną 22 w sobotę zakończyło się pierwsze przedstawienie "La Traviaty” w lubelskiej hali Globus.

Śpiewacy poruszająco wykonali dramatyczny finał opery. Najpierw Joanna Woś, występująca w roli umierającej na gruźlicę Violetty, obwieściła w swojej arii: "Wszystko skończone”. Następnie odbyły się grupowe, błyskotliwie zaśpiewane lamentacje głównej bohaterki, jej kochanka Alfreda i jego ojca. W końcu kurtyzana skonała w objęciach ukochanego (Tomasz Janczak), prosząc go, aby odnalazł szczęście z młodą dziewczyną.

Końcowe sceny "La Traviaty” były też wielkim popisem orkiestry, którą dyrygował Jacek Boniecki. Instrumentaliści towarzyszyli Violetcie w ostatnich minutach, kunsztownie grając pełne dramatyzmu z dźwięki.

Nic dziwnego zatem, że po spektaklu równie wielkie brawa jak dla Woś i Janczaka publiczność wyklaskała dla Bonieckiego.

W niedzielę o godz. 18 rozpocznie się drugie premierowe przedstawienie opery w hali Globus. Potem dzieło Giuseppe Verdiego w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego będzie grane w siedzibie Teatru Muzycznego.

Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni Online
29-11-2008



 

Największa polska "La Traviata”

Pół roku pracy koncepcyjnej, dziesiątki narad i setki rozmów telefonicznych i dwa miesiące prób.

Poza tym wiele dni trudu krawców, plastyków i modelarzy - wszystko to ma teraz dać efekt przyćmiewający wszystkie dotychczasowe polskie wystawienia najsłynniejszej opery Verdiego. Włącznie z przedstawieniami w stołecznym Teatrze Wielkim - Operze Narodowej, które zdarzą się w tych samych
dniach

Lublin nie ma sceny operowej, ale dzięki pomysłowości, polotowi i determinacji ludzi z Teatru Muzycznego będzie miał największy spektakl operowy w Polsce.

- Robimy tę operę w hali Globus, która świetnie się do tego nadaje - mówi Tomasz Janczak, śpiewak i pełnomocnik dyrektora naczelnego do spraw artystycznych, inicjator przedsięwzięcia.

W sportowym obiekcie przy ul. Kazimierza Wielkiego odbędą się dwa premierowe przedstawienia - w sobotę i niedzielę o godz. 18. Będzie je mogło obejrzeć w sumie 8 tys. osób. I tyle obejrzy, bo biletów już prawie nie ma. - Znikają w ekspresowym tempie - cieszy się dyrektor Teatru Muzycznego, Krzysztof Kutarski. - Zadecydowana większość rozeszła się w sprzedaży indywidualnej. A kupują je ludzie z całej Polski.

Wielka przestrzeń hali została tak zorganizowana, że nikt nie będzie miał problemu z odbiorem opery: ani w warstwie muzycznej, ani wizualnej. - Na jednej z dwóch krótszych ścian hali widzowie zobaczą kilkukondygnacyjną scenę - zapowiada Kutarski. - Będzie beżowobiała, aby lepiej widoczne były postaci i rekwizyty.

Ale to nie wszystko, co ma pomóc publiczności w odbiorze spektaklu. - Instalujemy wielkie telebimy i w sumie widzowie będą mieli możliwość oglądania zarówno zbliżeń, jak i planu ogólnego - zapowiada reżyser Waldemar Zawodziński, specjalista od monumentalnych i efektownych widowisk operowych.

Warto będzie przyglądać się z bliska śpiewakom choćby ze względu na kostiumy. Przygotowała je jedna z najlepszych specjalistek w branży Izabela Stronias. - To są stroje w stylu XIX-wieczego Paryża, ale z elementami współczesnymi - opisuje kostiumolog.

"La Traviata” jest operą w dużej mierze kameralną, rozgrywającą się między dwiema-trzeba postaciami. - Takie sceny zginęłyby w wielkiej przestrzeni hali - podkreśla Zawodziński. Poza tym, każdy będzie chciał przyjrzeć się Joannie Woś, solistce Teatru Wielkiego w Warszawie, która zagra kurtyzanę Violettę, główną bohaterkę.

Dzięki dużej scenie publiczność będzie mogła podziwiać w pełnej krasie sceny zbiorowe, których w operze Giuseppe Verdiego także nie brakuje. - Takich rzeczy nie moglibyśmy zagrać w naszej siedzibie, stąd pomysł realizacji w hali - wyjaśnia Kutarski.

A dlaczego wybrano akurat "La Traviatę”? - Bo to wyjątkowo piękna opowieść opisana piękną muzyką - argumentuje Janczak, który wcieli się w poetę Alfreda, kochanka Violetty. - Ta opera jest najdoskonalszym dziełem Verdiego między innymi dlatego, że sama warstwa orkiestrowa w sposób wyjątkowo sugestywny wyraża uczucia bohaterów - mówi Jacek Boniecki, który sprawuje kierownictwo muzyczne spektaklu.

Bilety - po 30, 40, 50, 60 i 100 zł - do kupienia w kasie Teatru Muzycznego, ul. Skłodowskiej 5.


Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
28-11-08



 

Opera ponad wszystko

W premierowej "La Traviacie" Teatru Muzycznego ważniejsze jest nie to, ile będzie mikroportów, ale jak reżyser poradzi sobie ze sztuką.

«Lubelska premiera "La Traviaty" to typowy przykład, kiedy drzewa zasłaniają las. O realizacji opery zrobiło się tak głośno, że samą sztukę odsunięto na dalsze miejsce. Dyskutuje się o kosztach spektaklu, o tym, czy jest sens wystawiać go w Lublinie, o kostiumach i mikroportach, ale nikt właściwie nie rozmawia o samym dziele Giuseppe Verdiego.

"La Traviata" to tzw. "opera seria" (opera poważna), ma opowiedzieć "dramma per musica" - dramat poprzez muzykę. W "La Traviacie" jest to dramat Violetty Valery, kobiety upadłej, cierpiącej i kochającej zarazem. Pierwowzorem Violetty była Małgorzata Gautier, główna bohaterka słynnej "Damy kameliowej", książki Aleksandra Dumasa syna. Ale Gautier nie jest fikcją literacką. Dumas stworzył tę postać na wzór swojej kochanki Marie Duplessis, która została prostytutką w wieku 12 lat, a jej alfonsem był... jej ojciec. Dziewczyna była na tyle atrakcyjna i inteligentna, że zdobyła niemałą sławę w Paryżu. Zmarła na gruźlicę w wieku 23 lat, a na jej pogrzeb przyszły tłumy.

Jej sceniczne odzwierciedlenie - Violetta, też jest popularną paryską prostytutką, też umiera młodo na ciężką chorobę. I podobnie jak Duplessis umiera w ubóstwie. Ale odwrotnie niż ona, Violetta zostaje opuszczona przez wszystkich, a przed śmiercią przeżywa dramat nieszczęśliwej miłości do Alfreda Germont.

I właśnie ten romans jest głównym nerwem opowieści Verdiego. Tyle że sposobów na opowiedzenie tej miłosnej historii jest nieskończenie wiele. W niektórych przedstawieniach reżyser więcej wagi przywiązuje się do relacji Violetty z ojcem Alfreda, która może przypominać relację ojca i córki, niekiedy bardziej uwypuklony jest społeczny aspekt romansu (czy Alfred ma prawo porzucać kobietę ze względu na jej złą opinię?). No i sama Violetta. W zależności od tego, kto ją gra, może być młodziutką, naiwną dziewczyną, a kiedy indziej kobietą, która wie o życiu aż zanadto.

Jaka będzie Violetta w wykonaniu słynnej sopranistki Joanny Woś i jaka będzie "Traviata" w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego? Tego dowiemy się już jutro.

Sobota - niedziela, Globus, ul. Kazimierza Wielkiego 8. Godz. 18. Bilety 30-50 zł»

""Traviata" na Globusie"
Paweł Franczak
Polska Kurier Lubelski nr 278 online
28-11-2008




 

Nadchodzi La Traviata

La Traviata w liczbach:
4 – dodatkowe kamery transmitować będą to, co dziać się będzie na scenie
2 – ogromne telebimy staną w hali Globus
25 - metrów szerokości będzie miała scena
80 – muzyków zagra w orkiestrze, która dostępna będzie dla oczu widzów
300 – oryginalnych sukien powstaje specjalnie z myślą o spektaklu
4830 – miejsc jest w hali „Globus”

Dwa duże telebimy, wielki ekran, cztery kamery, ogromna scena i gra świateł. “La Traviata” w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego będzie spektakularnym widowiskiem multimedialnym.

Opowieść o losach tajemniczej kurtyzany snuć będą gwiazdy światowej sławy.

- W Lublinie nie było jeszcze wydarzenia na taką skalę – mówi dyrektor Teatru Muzycznego, Krzysztof Kutarski. – Nigdy wcześniej nie przygotowywano tak olbrzymiej przestrzeni, specjalnie pod kątem konkretnego wydarzenia artystycznego – dodaje. Parokondygnacyjna scena ma ponad 25 metrów szerokości. W hali „Globus” jest 4380 miejsc.

Na tę okazję powstało około 300 kostiumów projektu Izabeli Stronis, scenografa i kostiumologa z Łodzi.

Żywą ilustrację muzyczną tworzyć będzie ponad 80 muzyków z orkiestry. Ze względu na wielkość widowiska, próby całościowe w hali Globus rozpoczną się dopiero dwudziestego piątego listopada.

Podczas spektaklu technicy zastosują najnowsze rozwiązania w zakresie światła i nagłośnienia.

– W sobotę na scenie zobaczymy między innymi Joannę Woś, gwiazdę światowej sławy. W niedzielę wystąpi słynna sopranistka Joanna Horodko – mówi Kutarski. Waldemar Zawodziński to specjalista od widowisk plenerowych. – Opera zapowiada się bardzo odważnie. Widzowie mogą spodziewać się oszałamiających efektów – zdradza dyrektor.

Oprawę spektaklu stanowić będzie wystawa fotografii, plakatów i programów „La Traviaty”, granej w przestrzeni kilkudziesięciu lat od Chin po Stany Zjednoczone.

Eksponaty udostępni Adam Czopek, wieloletni koneser rekwizytów związanych z operą.
– Na prośbę złotego sponsora wydarzenia, „Zakładów Azotowych Puławy”, podczas imprezy przeprowadzona zostanie zbiórka na rzecz Hospicjum Małego Księcia – mówi dyrektor.

Wciąż jeszcze można kupić bilet. Poziom sprzedaży biletów jak dotąd przekroczył osiemdziesiąt procent.

- Przedłużyliśmy termin otwarcia kas. Uruchomiliśmy sprzedaż elektroniczną. Zamówienia napływają z różnych stron kraju. Bilety będzie można kupić również w dniu spektaklu, do godziny dwunastej w kasach teatru przy ulicy Skłodowskiej, a od godziny szesnastej w hali „Globus” – podkreśla Kutarski.

Dodatkowym udogodnieniem dla widzów będą specjalne oferty taksówek, proponujące kursy w cenach promocyjnych.

Ze względu na ograniczone miejsca parkingowe każdy kto będzie posiadał przy sobie bilet na „La Traviatę”, skorzysta z atrakcyjnej zniżki. Premiera 29 – 30 listopada, hala Globus, godzina 18.00.

Na przełomie stycznia i lutego opera przeniesie się na deski Teatru Muzycznego. Już rozpoczęła się sprzedaż biletów.

Autor tekstu: AJ
Moje Miasto
25.11.2008
link do źródła



 

Odpukajmy w niemalowane

Premiera „La Traviaty”

Cztery tysiące widzów, sześćdziesięcioosobowa orkiestra, pięćdziesięcioosobowy chór, trzysta kostiumów, milion wydanych złotówek, trzy miesiące przygotowań i dwa duże spektakle - to lubelska premiera opery „La Traviata” Giuseppe Verdiego w liczbach.

- Wolałbym nie mówić o liczbach, bo gdy uświadamiamy sobie, jak są duże, to bierze nas strach - żartował wczoraj na konferencji prasowej Waldemar Zawodziński, reżyser i scenograf spektaklu.

Zawodziński ma za sobą reżyserowanie dużych widowisk, jak choćby olbrzymie wrocławskie przedstawienie „Gio-condy” Ponchielliego. Ale przecież lubelską „La Traviatę” organizatorzy reklamują jako „największą premierę operową po tej stronie Wisły”. Ciśnienie jest więc niemałe, zwłaszcza teraz, tuż przed próbą generalną.

- Mój profesor na uczelni mawiał, że do próby generalnej reżyser może pozmieniać wiele rzeczy. Potem wszystko zależy tylko od aktorów i śpiewaków. Teraz składamy wszystkie te „klocki lego”, które przez wiele miesięcy powoli przygotowywaliśmy. Na razie wszystko wygląda dobrze, ale nie chcę zapeszyć, mimo iż nie jestem przesądny. Odpukam więc w niemalowane drewno - żartował Zawodziński, pukając jednocześnie w blat stołu.

Według reżysera największym sukces opery to sytuacja, gdy po premierze widzowie wyjdą z hali „Globus” zadowoleni, a sama opera przestanie straszyć lublinian swoją elitarnością. Wtedy też sponsorzy chętniej będą wykładać pieniądze na tego typu przedsięwzięcia. Na razie sponsorzy widowiska, którzy pokryli 80 proc. kosztów opery, oczekują na wyniki sprzedaży biletów. Według Krzysztofa Kutarskiego, prognozy są dobre.

- Planowaną sprzedaż biletów przebiliśmy o kilkadziesiąt procent i wciąż sprzedajemy wejściówki - mówił Kutarski. - Co nas cieszy najbardziej, to fakt, że tylko część widzów to grupy, a zdecydowana większość biletów kupili klienci indywidualni.

Do największego zdenerwowania przyznała się autorka kostiumów do „Traviaty”, Izabela Stronias. Zademonstrowała kilka gotowych projektów, przyznając jednocześnie, że jest „przerażona tym, jak mało zostało czasu do piątkowej premiery”.

- W tej chwili w pracowni krawieckiej wciąż trwają gorączkowe przeróbki i poprawki - powiedziała.

Z kolei najmniej obaw budzi nagłośnienie hali. Kierownik muzyczny Jacek Boniecki poinformował, że cała ekipa jest pozytywnie zaskoczona dobrą jakością akustyki.

Przedstawiciele Teatru Muzycznego przekonywali też, że Lublin potrzebuje opery. Dyr. Kutarski stwierdził, że jutrzejsze ogłoszenie konkursu na projekt architektoniczny dla Centrum Spotkania Kultur (w miejsce dzisiejszego Teatru w Budowie) to pozytywny sygnał.

- Gdy centrum powstanie, sztuka w Lublinie będzie miała dla siebie wspaniałe miejsce, to ułatwi nam kolejne takie przedsięwzięcia - mówił dyr. Kutarski.

Bo po cichu dyrekcja marzy o kolejnych operach . Ale teraz pora na „Traviatę” - premiera w sobotę, na Globusie, godz. 18.

Paweł Franczak
Kurier Lubelski
25-11.2008



 

"Traviata" w hali "Globus"

Na dwa ostatnie wieczory listopada, sobotę - 29, i niedzielę - 30, zaplanował Teatr Muzyczny premierę nowej monumentalnej inscenizacji "Traviaty", która zostanie wystawiona w hali sportowej. Partię głównej bohaterki zaśpiewają na zmianę Joanna Woś i Joanna Horodko.

«Libretto do "Traviaty", jednej z najpiękniejszych oper Giuseppe Verdiego, powstało na kanwie powieści "Dama Kameliowa" Aleksandra Dumasa syna. Znając popularność tej opery, trudno uwierzyć, że jej prapremiera, która odbyła się 6 marca 1853 roku na scenie weneckiego Teatro La Fenice, była jedną z największych klęsk w życiu Verdiego. Po raz pierwszy w swojej twórczości odwołał się on do współczesnej rzeczywistości, rozgrywając całą akcję w konwencjach dramatu mieszczańskiego i literatury realistycznej. Dramat Violetty był zarazem jawnym oskarżeniem pruderyjnych stosunków panujących w owych czasach. Po drugie, zawinili wykonawcy. Verdi otrzymał w tej sprawie anonimowy list, w którym przestrzegano go przed fiaskiem prapremiery, jeżeli nie znajdzie innego basa, a zwłaszcza lepszej primadonny. I stało się! Korpulentna Salvini - Donatelli nie dość, że fatalnie śpiewała, to jeszcze zupełnie nie przekonywała w roli delikatnej chorej kobiety. Graziani potraktował partię Alfreda w sposób zupełnie chłodny, a świetny baryton Varesi był tego wieczoru niedysponowany. Wszystko to złożyło się na klęskę prapremierowego przedstawienia. - Nie zrozumieliście niczego z mojej muzyki - powiedział prapremierowym wykonawcom Verdi. Czternaście miesięcy po klęsce w La Fenice "Traviatę" wystawiono 5 czerwca 1854 roku ponownie również w Wenecji, ale już w Teatro San Benedetto. Sukces przeszedł wszelkie oczekiwania. "Nie było jeszcze w Wenecji sukcesu równego sukcesowi twojej 'Traviaty'" - napisał Ricordi do nieobecnego na premierze Verdiego. Od tego momentu rozpoczął się jej tryumfalny pochód przez światowe sceny. Można bez większego ryzyka stwierdzić, że nie ma wieczoru w roku, by gdzieś na świecie, w świetle scenicznej rampy, nie ożywała na nowo tragiczna historia miłości Violetty i Alfreda.

Partytura tej opery to w całości jedno wielkie arcydzieło o wspaniałej subtelnej melodyce i wielkiej sile ekspresji. Prawdziwe bogactwo niezapomnianych melodii. Zaczynamy od subtelnej liryki preludium poprzedzającego I akt. Drugi ceniony instrumentalny fragment to ujmujące głębią wyrazy, pełne smutku i rezygnacji preludium rozpoczynające III akt. Powszechnie znana scena toastowa "Libiamo, libiamo" jest wstępem do duetu Alfreda i Violetty "Un di felice". Wielka aria Violetty "E strano, e strano" zwieńczona cabalettą "Sempre libera" kończy I akt. Drugi rozpoczyna aria Alfreda "De miei bollenti spiriti". Po niej następuje pełen dramatyzmu duet "Ah, dite alla giovine" śpiewany przez Violettę i starego Germonta, ojca Alfreda. To tutaj decyduje się Violetta na największą ofiarę swojego życia. Pierwszą scenę II aktu kończy wspaniała aria starego Germonta "Di Provenza". Drugą scenę II aktu rozpoczyna piękna scena balu z rozbudowaną partią chóru, tutaj pod płaszczykiem banalnych melodii zaczyna się w muzyce prawdziwy dramat. Akt III to przede wszystkim aria Violetty "Addio del passato" oraz duet głównych bohaterów "Parigi o cara", po którym co wrażliwsze panie ukradkiem ocierają łzy wzruszenia.

Reżyseria i scenografia będzie dziełem Waldemara Zawodzińskiego. Kostiumy zaprojektowała Izabela Stronias. Pod względem muzycznym premierę przygotuje Jacek Boniecki.»

""Traviata" w hali "Globus""
Adam Czopek
Nasz Dziennik nr 273
22-11-2008




 

„Calineczka” tańczy i śpiewa

Już za tydzień lubelski Teatr Muzyczny zaprezentuje największe przedsięwzięcie w całej swej 60-letniej historii - inscenizację „Traviaty” Giuseppe Verdiego.

Nic zatem dziwnego, że cały zespół opanowała przedpremierowa gorączka; nie będzie chyba przesady w stwierdzeniu, że myśli wszystkich skierowane są już ku hali „Globus”, gdzie ta opera zostanie wystawiona. Nie znaczy to jednak, że własna scena Muzycznego stoi pusta.

W niedzielę teatr zaprasza najmłodszych. Tego dnia na scenie ponownie zagości „Calineczka” - baśń muzyczna osnuta na motywach jednej z najpopularniejszych baśni Hansa Christiana Andersena. Ta piękna i wzruszająca historia, którą znają chyba wszyscy rodzice, a znać powinny wszystkie dzieci, w tej lubelskiej inscenizacji nabiera dodatkowego blasku, bowiem jak na Teatr Muzyczny przystało, wzbogacono ją o piosenki oraz sceny baletowe. I oprawiono piękną, barwną, bajkową scenografią Ireneusza Salwy, którego doświadczenie w pracy nad spektaklami dla dzieci jest ogromne. Podobnie jak autora adaptacji i reżysera spektaklu - Jerzego Turowicza oraz kompozytora - Janusza Bacy. Ten duet twórców ma na koncie niemal wszystkie baśnie, jakie w ostatnich kilku sezonach pojawiały się na scenie teatru. Wystapią popularni soliści, m.in.: Małgorzata Rapa, Mariola Zagojska, Agnieszka Kurkówna i Marcin Żychowski.

TEATR MUZYCZNY, ul. M. Curie-Skłodowskiej 5, Calineczka, niedziela, godz. 12

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
21.11.08



 

Powody, dla których warto zobaczyć "La Traviatę"

29 listopada w hali Globus będzie miała miejsce pierwsza historyczna premiera "La Traviaty" w Lublinie. Oto dziewięć, niekoniecznie artystycznych, powodów, by się tam wybrać.

«1. Organizatorzy zapowiadają lubelski spektakl jako "największą premierę operową po tej stronie Wisły" i przyciągnęli do jego realizacji śmietankę polskiej opery. Np. w lubelskiej "Traviacie" w roli głównej wystąpi Joanna Woś, jedna z najsłynniejszych polskich sopranistek, solistka Teatru Wielkiego w Warszawie.

2. Bilety kosztują 30-50 zł. Nawet jak będzie klapa, wiele nie stracimy. Oczywiście klapy nikomu nie życzymy, my nie z tych.

3. Przeciętny Polak ogląda operę raz na siedemdziesiąt lat. I można poprawić tę statystykę.

4. "Traviata" wciąż otoczona jest aferami. Najpierw twórca historii Aleksander Dumas (syn) próbował przenieść swoje dzieło na deski sceniczne w 1851 r. Ale zabroniła mu tego cenzura. Z kolei pierwszy spektakl "Traviaty" w reżyserii Verdiego w Wenecji okazał się skandalem. Publiczność była zszokowana faktem, że reżyser ośmielił się wystawić sztukę o historii prostytutki. A nic nie robi sztuce tak dobrze, jak skandal.

5. Lubelska "Traviata" też otoczona jest kontrowersjami. Nienawistni koledzy po fachu zarzucają nieoficjalnie dyrektorowi Teatru Muzycznego Krzysztofowi Kutarskiemu, że porwał się z motyką na słońce i leczy chore ambicje. O tym, co znaczy dla sztuki skandal, piszemy akapit wyżej...

6. "Damę Kameliową" (która posłużyła za scenariusz opery) napisał Dumas pod wpływem osobistych przeżyć. Postaci Marguerite Gautier w książce i Violetta Valéry na deskach scenicznych były wzorowane na tej samej kobiecie: Marie Duplessis. Duplessis była kochanką Dumasa i paryską prostytutką, odkąd skończyła 12 lat. Jej alfonsem był jej...ojciec. Kobieta zmarła na gruźlicę w wieku 23 lat, a jej grób na cmentarzu Montmartre jest odwiedzany corocznie przez tłumy turystów. Prawda, że musiała wyjść z tego wielka sztuka?

7. "Traviatą stulecia" okrzyknięto wykonanie z 1955 r. w La Scali. W roli Violetty wystąpiła genialna Maria Callas. Może lubelski spektakl na takie miano nie ma szans, ale sprawdzić warto. W końcu mowa o "Traviacie zeszłego stulecia".

8. Nawet ci, którzy słowo "opera" kojarzą wyłącznie z przeglądarką internetową, musieli kiedyś usłyszeć słynny duet Libiamo ne lieti calici (Więc pijmy na chwałę miłości) - wykonywała go chociażby Violetta Villas. Natomiast arię Violetty "Sempre libera" (Zawsze wolna) wykorzystano w reklamie samochodów terenowych. Takie czasy.

9. Lublin nie ma sceny operowej, a Globus to nie La Scala. Tymczasem przedstawienie ma obejrzeć ok. 4 tys. widzów, z których większość opery nigdy nie widziała. Sama więc możliwość oglądania na żywo reakcji widowni jest bezcenna.

Teatr Muzyczny w Lublinie. "Traviata", premiera 29-3o.11. Globus, bilety 30-50 zł.»

"Powody, dla których warto zobaczyć "La Traviatę""
Paweł Franczak
Kurier Lubelski nr 269 online
18-11-2008




 

„Czardaszka” z ulubieńcami

Podczas rozpoczynającego się dziś weekendu miłośnicy lekkiej muzy będą mogli zobaczyć jedną z najsłynniejszych operetek w całych dziejach gatunku - „Księżniczkę czardasza” Emmericha Kalmana.

Teatr Muzyczny intensywnie pracuje nad największym przedsięwzięciem w swej 60-letniej historii - inscenizacją „Traviaty”, której premiera jest zaplanowana na 29 i 30 listopada. Stara się jednak, aby w ferworze pracy nie zaniedbać bieżącej działalności. Nikogo nie trzeba chyba specjalnie zachęcać do wybrania się na jeden z weekendowych pokazów „Księżniczki czardasza”, bowiem spektakl pozostał w repertuarze teatru na nowy sezon na wyraźne życzenie publiczności, co oznacza, że na tę pozycję jest autentyczne zapotrzebowanie. A w dodatku w obsadzie najbliższych spektakli znaleźli się wieloletni ulubieńcy lubelskiej widowni: w roli księcia Leopolda wystąpi Marian Josicz, zaś księżnę Anhildę zagra Krystyna Szydłowska; oboje niezbyt często pojawiający się ostatnio na scenie. W postać Sylvii Varescu wcieli się Renata Drozd, a Edwina zagra Tomasz Janczak. Ponadto w spektaklach zobaczymy: Małgorzatę Rapę (Stasi), Jarosława Cisowskiego (Boni) i Grzegorza Szostaka (Feri). Spektakl wyreżyserował Artur Hofman, a kierownictwo muzyczne sprawowali Tomasz Chmiel i Piotr Wujtewicz.

TEATR MUZYCZNY ul. M. Curie-Skłodowskiej 5, Księżniczka czardasza, Piątek - sobota, godz. 18

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
14.11.08



 

Powraca „Zemsta nietoperza”

Po raz pierwszy w obecnym sezonie artystycznym na deskach Teatru Muzycznego pojawi się "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa (syna). To najświeższa produkcja lubelskiej sceny, premiera operetki odbyła się 19 kwietna br. z okazji jubileuszu 60-lecia teatru.

„Zemsta nietoperza” należy do najchętniej i najczęściej wystawianych operetek. I to nie tylko w przybytkach "lekkiej muzy", lecz także na wielkich scenach operowych. Nie bez wpływu na to powodzenie jest dowcipne libretto, przez cały czas absorbujące uwagę widzów i otwierające przed artystami możliwość zaprezentowania również umiejętności aktorskich. Ale decydująca jest oczywiście wspaniała muzyka Straussa, na czele z porywającym czardaszem Rozalindy, a przede wszystkim popisową, błyskotliwą arią "ze śmiechem" Adeli.

Obecna inscenizacja jest czwartą realizacją tej operetki w Lublinie; poprzednie miały miejsce w 1951, 1961 i 1996 roku. Tę najnowszą wyreżyserował Tomasz Janczak, a kierownictwo muzyczne sprawował Artur Wróbel. Wyśmienitą kreację Rozalindy stworzyła Renata Drozd, która w tym spektaklu jest wręcz zjawiskowa. Ale chyba największy aplauz premierowej publiczności wywołał Roman Baranowicz w komediowej roli więziennego strażnika Froscha. Obydwoje artystów będzie można zobaczyć we wszystkich trzech weekendowych spektaklach.

KOW
Kurier Lubelski
07-11-08



 

Strauss Janczaka w Teatrze Muzycznym

Zabawna i wyrafinowana akcja oraz muzyczny przekrój przez wiele stylów to główne atuty "Zemsty nietoperza”.

W kwietniu tego roku po sześcioletniej przerwie na scenę Teatru Muzycznego powróciła w nowej inscenizacji najsłynniejsza operetka Johanna Straussa syna.

Tym razem "Zemstę nietoperza” wyreżyserował Tomasz Janczak. Jest on od czterech lat pierwszym solistą Teatru Muzycznego w Lublinie, a debiutował w 1995 roku właśnie w "Zemście nietoperza”, grając główną rolę w spektaklu przygotowanym w oryginalnej wersji językowej przez Teatr Muzyczny w Łodzi na wyjazd do Niemiec. Potem brał udział jeszcze w siedmiu realizacjach operetki.

Teraz, w swoim debiucie reżyserskim, znowu wciela się w sympatycznego hulakę Gabriela von Eisensteina, który postanawia wieczór przed pójściem do więzienia spędzić na balu.

Obok Janczaka w przedstawieniu grają m.in. Renata Drozd, Anita Maszczyk, Adam Sobierajski, Grzegorz Szostak, Andrzej Witlewski i Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak. Choreografia: Henryk Rutkowski. Kierownictwo muzyczne: Artur Wróbel. Scenografia i kostiumy: Małgorzata Słoniowska.

Przedstawienia odbędą się w piątek i sobotę o godz. 18 oraz w niedzielę o godz. 17.
Bilety po 50 zł i 40 zł. Adres: ul. Skłodowskiej 5.


Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
04.11.2008



 

Spot reklamowy premiery La Traviata

Prezentujemy pierwszy filmowy spot reklamujący operę La Traviata, już niedługo będą mogli Państwo oglądać go na ulicach Lublina i Warszawy.


 

Twórcą spotu jest lubelska grupa filmowa FabrycznaART
http://www.fabryczna.art.pl/



 

Operetka z przebojem wszech czasów

Gdyby spróbować zestawić listę największych operetkowych hitów wszech czasów – dwa „numery” znalazłyby się na niej bez żadnych wątpliwości: duet „Usta milczą, dusza śpiewa” oraz aria „Lat dwadzieścia miał mój dziad…”.

To pieśni tak popularne i tak często wykonywane, że znają je chyba wszyscy; nie tylko zdeklarowani miłośnicy „lekkiej muzy”, lecz także ci, których kontakty z operetką są sporadyczne lub jeszcze rzadsze, a zapewne nawet jej nieprzyjaciele.

W Lublinie obydwu tych przebojów możemy słuchać na żywo, ze sceny: duetu w „Wesołej wdówce” Lehara zaś arii – w „Ptaszniku z Tyrolu”, który w ten weekend powraca na afisz Teatru Muzycznego. Ta operetka Karla Zellera mogła w czasie swej prapremiery w 1891 roku zaskakiwać.

Dotychczas świat operetkowy był przede wszystkim światem pałaców, arystokratycznych salonów, bogatego mieszczaństwa, kabaretów albo mitologii. Tymczasem w „Ptaszniku z Tyrolu” do owego dobrze znanego (może nawet cokolwiek opatrzonego) świata Zeller i jego libreciści – Moritz West (Moritz Nitzelberger) i Ludwig Held – wprowadzili plebejskość, stylizowany folklor, świeżość melodii oraz niespotykaną scenerię –wiejski pejzaż.

Oczywiście z doskonale znanych atrybutów i motywów całkowicie nie zrezygnowali – są w tej operetce arystokraci i książęcy pałac, ale para głównych bohaterów to ptasznik Adam i wiejska listonoszka Krysia, a więc postacie z ludu. Również warstwa muzyczna była nowatorska: nigdy wcześniej na operetkowej scenie nie rozbrzmiewało tyrolskie jodłowanie ani naśladowanie głosów leśnych ptaków. Jak zaświadczają źródła, prapremierowa publiczność w Theater an der Wien zaakceptowała ową nowatorskość; „Ptasznik…” został przyjęty bardzo gorąco i do dziś nieprzerwanie gości na scenach muzycznych całej Europy.

Ta najnowsza inscenizacja „Ptasznika z Tyrolu” jest czwartą realizacją na lubelskiej scenie; poprzednie miały premiery w latach 1950, 1965 i 1993, a więc w bardzo różnych okresach działalności Teatru Muzycznego. Obecna, z października 2007 roku, w pewien sposób wpisuje się w ową wspomnianą wcześniej tradycję zaskakiwania. Wyreżyserował ją bowiem Andrzej Rozhin, twórca mający w dorobku bardzo udane inscenizacje musicali (m. in. „Opery za trzy grosze” i „Człowieka z La Manchy”), ale z klasyczną operetką niekojarzący się zupełnie.

„Ptasznika z Tyrolu” można zobaczyć dziś (w piątek) i jutro. Spektakle będą się rozpoczynać o godz. 18.00.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski
17-10-08



 

Na skalę La Scali

NA MIESIĄC PRZED WIELKIM MUZYCZNYM WYDARZENIEM

Na razie jest w miarę spokojnie, bo do premiery „La Traviaty” na Globusie jest jeszcze sporo czasu. Śpiewacy w przerwach między próbami spokojnie jedzą zupę, solistka ćwiczy w sportowych butach, a kostiumy są dopiero fastrygowane. Ale muzycy przyznają, że temperatura powoli rośnie, bo opera ma być wydarzeniem na europejską skalę.

– Nie chodź tak! Stój w miejscu, bo depczesz sobie po muzyce – krzyczy choreograf Joanna Niesobska na Joannę Horodko, która ćwiczy rolę Violetty.

Jest 28 października, godz. 13, do premiery pozostał dokładnie miesiąc i siedem godzin. Solistka właśnie śpiewa arię Violetty „Sempre libera” z pierwszego aktu opery Verdiego. Na premierze zastąpi ją gwiazda przedstawienia – Joanna Woś.

Sala prób jest prawie pusta: na środku stoi tylko ubrana w suknię na kołach, dżinsy i sportowe buty sopranistka. Akompaniuje jej przy fortepianie prof. Grzegorz Siedlaczek. Podłoga zaklejona jest liniami z taśmy – to szkic scenografii.

– Graj! Jeszcze raz, tylko teraz chcę, żebyś nie kręciła się w szaleństwie w tym walcu, tylko dała się unieść muzyce, lekko popłynęła – mówi choreograf, chwytając dziewczynę za dłoń i pokazując jej następny krok.

„Sempre libera” to jedna z najważniejszych scen, w której główna bohaterka obiecuje sobie żyć beztrosko i szaleńczo mimo śmiertelnej choroby.

Sopran zaczyna od nowa. Po pełnym melizmatów fragmencie „... będę wciąż wynajdywać nowe przyjemności”, nagle zza drzwi sali dobiega mocny głos tenora: „miłość jest biciem serca wszechświata” i wchodzi Adam Sobierajski – odtwórca roli Alfreda, kochanka Violetty. Pani choreograf grozi mu z uśmiechem palcem, a ten dośpiewując słowa zdejmuje jak gdyby nigdy nic kurtkę, po czym wychodzi z pomieszczenia.

Pytamy go, czy nie boi się premiery. Zastanawia się długo.

– No cóż, trochę się obawiam. Czasem w Teatrze Muzycznym, gdy akurat się nie śpiewa, można podejść do chóru i chwilę odpocząć, zapytać o wczorajszy mecz – mówi tenor.

– A w Globusie nie będę mógł niczego ukryć. Zwłaszcza że będą pracować dwie kamery i zbliżenia twarzy będą widoczne na olbrzymich telebimach. Na dodatek będziemy pracowali z mikroportami (przyczepianymi mikrofonami) i słychać będzie dosłownie wszystko.

Dyrektor Teatru Muzycznego Krzysztof Kutarski jest mniej zmartwiony. Nie boi się nawet ogromnej publiczności: na widowni zasiądzie ok. 4 tys. osób.

– Noc przed premierą mam zamiar przespać spokojnie – mówi.

– Bo wtedy już wszystko będzie zapięte na ostatni guzik. Stres czy raczej pewien rodzaj napięcia mam teraz. Bo ciągle próbujemy coś ulepszać, zmieniać. „La Traviata” to dla nas nieznany ląd, poruszamy się po bardzo delikatnym gruncie.

Próba czasu dla krawcowych. Nad kostiumami pracują od ponad miesiąca.

– Ten biały i ten fioletowy są dla pani Woś, solistki i pierwszej odtwórczyni roli Violetty – instruuje nas Helena Mizerska, kierowniczka pracowni damskiej krawieckiej.

O jedną rzecz nikt nie musi się martwić: o sukces komercyjny przedsięwzięcia. – Bilety sprzedają się świetnie, pewnie też dlatego, że dostosowane do lubelskich warunków, choć mamy jeszcze miejsca – mówi dyrektor.

Ale, jak twierdzi, o tym, że Lublin potrzebuje opery, świadczy frekwencja na innych przedstawieniach Teatru Muzycznego. – Niedawno graliśmy „Carmen” i na całej sali były... trzy wolne miejsca – dodaje nie bez satysfakcji.

* „La Traviata”, 28, 29 listopada, hala Globus. Bilety w kasie Teatru Muzycznego, ul. Skłodowskiej 5, Empiku lub przez internet od 30 do 50 zł.

Paweł Franczak
Kurier Lubelski
29.10.2008



 

Z kartą do kasy Teatru Muzycznego

Sezon 2008/2009 w lubelskim Teatrze Muzycznym zapewne zapisze się w pamięci publiczności nie tylko spektaklami, lecz także z powodów pozaartystycznych. A mówiąc dokładnie – ze względu na ułatwienia w nabywaniu biletów, jakie zapewnia teatr.

Kilkanaście dni temu pisaliśmy o uruchomieniu sprzedaży biletów przez internet na stronie www.ticketonline. Ta forma niemal natychmiast się przyjęła i coraz więcej miejsc na spektakle sprzedawanych jest właśnie tak. Teraz teatr proponuje kolejne udogodnienie. W czasach powszechnego używania kart płatniczych i kredytowych, nowoczesność wkroczyła także do kasy Muzycznego i również tam można płacić kartą. Krzysztof Kutarski, dyrektor naczelny teatru, zachęca do korzystania z takiej formy kupowania biletów i liczy, że jeszcze bardziej podniesie to frekwencję na spektaklach.

E-bilety można kupować nie tylko na spektakle z bieżącego repertuaru, lecz także na będącą w fazie prób „Traviatę”. Są one dostępne na wspomnianej stronie internetowej, a także w sieci EMPiK-ów w całej Polsce. Jak nas poinformował Tomasz Janczak, dyrektor artystyczny teatru, zainteresowanie nimi przekroczyło najśmielsze oczekiwania.

KOW
Kurier Lubelski
16-10-2008



 

Cyrulik ma colę i pilota

Cyrulik sewilski Gioacchina Rossiniego zajmuje w historii lubelskiej sceny miejsce szczególne. Jest bowiem jedyną operą, która w Lublinie była wystawiana dwukrotnie. I to nie w wersji estradowej, lecz pełnej scenicznej, co w mieście, które nie ma przecież teatru par excellence operowego jest z pewnością ewenementem.

Pierwsza z owych realizacji miała miejsce 3 września 1967 roku w Państwowej Operetce (taką nazwę nosił wtedy dzisiejszy Teatr Muzyczny). Operę Rossiniego zagrano wówczas zaledwie 17 razy, ale obejrzało ją 6711 widzów, co oznacza, że była grana przy kompletach na widowni. Miała także bardzo dobre recenzje w lubelskiej prasie. Szczególne słowa uznania krytycy kierowali pod adresem wybitnego śpiewaka Bernarda Ładysza, który gościnnie śpiewał partię Don Basilia. „Popisową rolę Basilia odtwarza sam Bernard Ładysz. Artysta nadał tej postaci wiele wdzięku i siły wyrazu. Widownia domagała się bisowania jego popisowej arii o plotce” – pisał tuż po premierze Al. Leszek Gzella w „Kurierze Lubelskim”.

To jednak odległa historia. My oczywiście zobaczymy wznowienie drugiej z owych realizacji, której lubelska premiera odbyła się 18 lutego 2006 roku. Podkreślenie, że była to premiera lubelska jest istotne, bowiem ta inscenizacja „Cyrulika” była wspólnym przedsięwzięciem polsko-holenderskim i zanim trafiła na lubelską scenę, zaprezentowano ją w Holandii i Belgii.

Opera Rossiniego we wszystkich teatrach uchodzi za repertuarowego „pewniaka”, o czym decyduje zarówno fantastyczna muzyka, jak i skrzące się humorem libretto oparte na komedii Pierre’a de Beaumarchais’go. Co nie znaczy, że nie trzeba mieć pomysłu na jej wystawienie. Reżyserująca ten spektakl Anette Leistenschneider zrezygnowała z umieszczania swojej realizacji w jakimś konkretnym czasie historycznym. Nie trzymała się realiów XVIII-wiecznych, ale też nie przeniosła akcji wprost w nasze czasy. Wykreowała na scenie rzeczywistość uroczo anachroniczną, w której telewizor z pilotem świetnie współgra z rokokową peruką, a puszka coli ze strojem z epoki.

Takie zaskakujące zestawienia bawią, ale też sprawiają, że niejako przy okazji zaczynamy się zastanawiać nad współczesnym podejściem do opery. Nie ulega wątpliwości, że lubelski „Cyrulik” może być potraktowany jako swego rodzaju głos w dyskusji o tym, jak powinna być dziś pokazywana opera, zwłaszcza opera buffo.

Świetną kreację Figara stworzył w tej inscenizacji Leszek Skrla, którego zobaczymy i usłyszymy we wznowieniowych spektaklach. A partnerować mu będą: Julia Iwaszkiewicz (Rozyna), Adam Sobierajski (Hrabia Almaviva), Grzegorz Szostak (Basilio), Andrzej Witlewski (Bartolo), Dorota Laskowiecka (Berta), Marcin Żychowski (Fiorello) oraz Patrycjusz Sokołowski (Oficer).

„Cyrulika sewilskiego” będzie można zobaczyć w najbliższy weekend. W piątek i sobotę spektakle będą się rozpoczynały o godz. 18, a w niedzielę o 17.

Źródło: Kurier Lubelski
01.10.08
Andrzej Z. Kowalczyk



 

La Traviata w hali Globus

 Pod koniec listopada w Lublinie, który nie ma sceny operowej, rozegra się akcja jednego z najsłynniejszych dzieł gatunku. Jak to możliwe?

- Zrobimy tę operę w hali Globus, która świetnie się do tego nadaje - mówi Tomasz Janczak, śpiewak i pełnomocnik ds. artystycznych w Teatrze Muzycznym w Lublinie, inicjator przedsięwzięcia. Na jednej z dwóch krótszych ścian hali zostanie zbudowana kilkukondygnacyjna scena. Będzie biała, aby lepiej widoczne były postaci i rekwizyty. Ale to nie wystarczy, żeby publiczność z każdego miejsca widowni widziała, jak rozwija się akcja. - Zainstalujemy wielkie telebimy i w sumie lublinianie będą mieli możliwość oglądania zarówno zbliżeń, jak i planu ogólnego - zapowiada reżyser Waldemar Zawodziński, specjalista od monumentalnych i efektownych widowisk operowych.Warto będzie przyglądać się z bliska śpiewakom choćby ze względu na kostiumy. Przygotowuje je jedna z najlepszych specjalistek w branży Izabela Stronias. - To będą stroje w stylu XIX-wieczego Paryża, ale z elementami współczesnymi - uprzedza kostiumolożka."La Traviata” jest operą w dużej mierze kameralną, rozgrywającą się między dwiema-trzeba postaciami. - Takie sceny zginęłyby w wielkiej przestrzeni hali - podkreśla Zawodziński. Poza tym każdy będzie chciał przyjrzeć się Joannie Woś, solistce Teatru Wielkiego w Warszawie, która zagra kurtyzanę Violettę, główną bohaterkę. Dzięki dużej scenie publiczność będzie mogła podziwiać w pełnej krasie sceny zbiorowe, których w operze Giuseppe Verdiego także nie brakuje. - Takich rzeczy nie moglibyśmy zagrać w naszej siedzibie, stąd pomysł realizacji w hali - wyjaśnia dyrektor Teatru Muzycznego Krzysztof Kutarski.Dlaczego postawiono akurat na "La Traviatę”? - Bo to wyjątkowo piękna opowieść opisana piękną muzyką - argumentuje Janczak, który wcieli się w poetę Alfreda, kochanka Violetty. - Ta opera jest najdoskonalszym dziełem Verdiego między innymi dlatego, że sama warstwa orkiestrowa w sposób wyjątkowo sugestywny wyraża uczucia bohaterów - mówi Jacek Boniecki, który sprawuje kierownictwo muzyczne spektaklu.

Premierowe przedstawienia zaplanowano na 29 i 30 listopada. Bilety już można kupować w kasie Teatru Muzycznego, ul. Skłodowskiej 5.


Jacek Szymczyk
Dziennik Wschodni
14 października 2008



 

Od bajki po wielką operę

Lubelski Teatr Muzyczny szykuje się do premiery "Traviaty". Opera Verdiego to największe wyzwanie artystyczne i organizacyjne, nie tylko w ostatnich sezonach, ale zapewne w całej 60-letniej historii teatru. Premiera została zaplanowana na dwa ostatnie dni listopada, ale nie znaczy to oczywiście, że do tego czasu w Muzycznym będzie cicho i pusto. Przeciwnie, w repertuarze pierwszej części nowego sezonu artystycznego 2008/2009 będzie co wybierać.

«Zobaczymy aż dwanaście realizacji, czyli niemal cały repertuar teatru. Zabraknie jedynie "Wesołej wdówki", co jednak nie znaczy, że operetka Lehara definitywnie zeszła z afisza. Jeśli takie będzie życzenie publiczności, teatr może ją w każdej chwili wznowić. Tak, jak stało się z "Księżniczką czardasza" Kalmana, o której już pod koniec ubiegłego sezonu można było usłyszeć, że "się zgrała". Tymczasem okazało się, że publiczność wciąż chce śledzić losy Sylvii Varescu i słuchać niezapomnianego duetu o artystkach z variétés, w związku z czym "Czardaszka" powróci na scenę już 29 września. Nie będzie jednak pierwszym spektaklem w nowym sezonie. Wcześniej bowiem - 24 i 25 bm. - najmłodsi widzowie zobaczą bajkę muzyczną "Kot w butach". Do tej samej grupy wiekowej skierowane są inne propozycje teatru - "Pinokio", "Calineczka" oraz bajka baletowa "Królewna Śnieżka".

Jeszcze bogatsza jest oferta dla dorosłych. Już początek października przyniesie mocny akcent - na afisz powróci dość dawno niewidziany "Cyrulik sewilski", jedna z najpopularniejszych oper Gioacchina Rossiniego. - Od razu chcę uspokoić wszystkich, że nie będzie to "odgrzewanie" spektaklu na podstawie tylko tego, co wykonawcy zachowali w pamięci z zagranych przedstawień - mówi Tomasz Janczak, pełnomocnik dyrektora ds. artystycznych. - Do Lublina specjalnie z tej okazji przyjedzie reżyserka "Cyrulika" Anette Leistenschneider i pod jej okiem wznowimy tę operę. Skorzystamy także z obecności realizującego "Traviatę" Waldemara Zawodzińskiego, aby wznowić "Carmen" i przypomnieć "Straszny dwór".

Nie zabraknie oczywiście operetkowej klasyki i to tej z najwyższej półki. Oprócz wspomnianej już "Księżniczki czardasza" zobaczymy "Ptasznika z Tyrolu" (październik), "Zemstę nietoperza" (listopad) oraz "Barona cygańskiego" [na zdęciu] (grudzień). Repertuar pierwszej części sezonu uzupełni legendarny musical Jerry'ego Bocka "Skrzypek na dachu", a rok 2008 tradycyjnie zakończy koncert sylwestrowy.

O planach na drugą, przyszłoroczną część sezonu ani dyrektor Krzysztof Kutarski, ani Tomasz Janczak nie chcieli mówić szczegółowo. Udało się "wycisnąć" tylko tyle, że myślą o kolejnej klasycznej operetce, której na lubelskiej scenie nie było bardzo długo.»

"Od bajki po wielką operę"
Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski nr 218 online
17-09-2008




 

Z e-biletem do Teatru Muzycznego

Jeśli ktoś chce się wybrać do lubelskiego Teatru Muzycznego, nie musi już chodzić do kasy. Od minionego piątku działa sprzedaż biletów przez internet.

– Pierwsze bilety – od razu trzy – sprzedałam na operę „Carmen” już w pierwszym dniu działania nowego systemu – mówi Zofia Bylica, pracownica kasy teatru. – I każdego następnego dnia mieliśmy po kilkanaście dalszych zamówień. To niemało, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeszcze niewiele osób wie o takiej możliwości. Kupione przez internet bilety mogą być dostarczone do domu widza pocztą lub przez kuriera albo odebrane w kasie teatru.

Krzysztof Kutarski, dyrektor Teatru Muzycznego, przekonuje, że nowa forma sprzedaży jest korzystna zarówno dla widzów, jak i dla teatru. Ułatwienia dla widzów są oczywiste. Teatr zaś unika niewykorzystanych rezerwacji, które powodowały, że nawet na najbardziej obleganych spektaklach zdarzały się puste fotele, a chętni wcześniej odchodzili od kasy z kwitkiem. Nowy system ułatwi także prawidłowe sporządzanie dokumentacji sprzedaży i umożliwi sporządzanie jej analiz.

 

"Z e-biletem do Teatru Muzycznego"
kow [Andrzej Z. Kowalczyk]
Polska Kurier Lubelski nr 225 online
25-09-2008



 

Jesień dla Traviaty

Wchodzącym do gabinetu Krzysztofa Kutarskiego, dyrektora lubelskiego Teatru Muzycznego [na zdjęciu], rzuca się w oczy makieta. Wykonana w skali 1:50 daje wyobrażenie tego, jak będzie wyglądała scena ustawiona w hali Globus, na której jesienią zobaczymy "Traviatę". Wyobrażenie jeszcze niepełne, bowiem makieta przedstawia jedynie surową bryłę, która dopiero po uzupełnieniu o scenografię stanie się prawdziwą przestrzenią sceniczną.

«Prace nad scenografią oraz projektami kostiumów dobiegają końca, a za kilkanaście dni Jacek Boniecki rozpocznie próby muzyczne. Soliści będą ćwiczyć zarówno partie solowe, jak i ansamblowe. Już niebawem więc w Teatrze Muzycznym zabrzmi słynny toast "Libiamo, libiamo..." ("Więc pijmy na chwałę miłości"). Jednak główna uwaga dyrekcji teatru skupiona jest obecnie na kwestiach finansowych i organizacyjnych.

- Wbrew różnym krążącym plotkom "Traviata" nie będzie przedsięwzięciem nadmiernie obciążającym czy wręcz "pożerającym" budżet teatru - powiedział nam w poniedziałek dyrektor Krzysztof Kutarski. - Środki na tę realizację będą pochodziły od sponsorów. Duże pieniądze dostaliśmy od kopalni w Bogdance, a w tej chwili finalizujemy rozmowy z kolejną wielką firmą oraz jednym z poważnych banków. Nie mogę mówić o konkretnych kwotach, ale mogę powiedzieć, że już mamy ok. 60 proc. budżetu. Oznacza to, że pokryte są koszty produkcji spektaklu oraz wykonawców. Pozostałe środki będą przeznaczone m.in. na szeroko zakrojoną, wykraczającą daleko poza Lublin, profesjonalną kampanię promocyjną.

Profesjonalna promocja, przy tak ogromnym przedsięwzięciu, jest oczywiście niezbędna, ale zainteresowanie "Traviatą" już jest. Przed wakacjami do teatru dotarły pierwsze zamówienia na bilety, zarówno indywidualne, jak i zbiorowe. I wciąż napływają kolejne. Najpóźniej do końca przyszłego tygodnia zostanie uruchomiona internetowa sprzedaż biletów prowadzona przez wyspecjalizowaną firmę. Transakcję będzie można przeprowadzić z domowego komputera, a zakupione bilety zostaną dostarczone do domu. Dyrektor Kutarski zachęca do zakupów szczególnie firmy i instytucje, którym oferuje bonusy w postaci m.in. upustów cenowych i możliwości zareklamowania się w trakcie spektaklu.

WCIĄŻ SZUKAJĄ MODELKI

Wciąż trwają poszukiwania odważnej pani/panny, która zechciałaby wystąpić w "Traviacie" w stroju biblijnej Ewy. Realizatorzy czekają na rozpoczęcie roku akademickiego, licząc, że może w środowisku akademickim znajdzie się taka osoba. Nie musi to bowiem być zawodowa modelka z doświadczeniem z wybiegów i sesji fotograficznych; naturalność, a nawet pewna debiutancka nieśmiałość są wręcz pożądane.

Przy tej okazji warto przypomnieć, że Kurier nie po raz pierwszy pisze o takich poszukiwaniach. Dokładnie 30 lat temu, podczas pierwszej realizacji "Operetki" Gombrowicza w 1978 roku, dyrektor Teatru Osterwy błagał: "Zaapelujcie do młodych dziewcząt, koniecznie muszą być pełnoletnie (!), o zgłaszanie się do nas do statystowania jako striptizerki. Praca nie jest ciężka, dobrze płatna, sympatyczna, w miarę ambitna, ale co najważniejsze - rokująca duże nadzieje, jeśli wręcz nie karierę". Kurier (nr 285/1978) zaapelował. Wówczas odważna się znalazła. Mamy nadzieję, że tym razem będzie podobnie.»

"Jesień dla Traviaty"
Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski online
11-09-2008




 

Czardaszka w Teatrze MuzycznymArtystki z Varietes i Kot

U schyłku ubiegłego sezonu dało się słyszeć głosy, że operetka „Księżniczka czardasza” Emmericha Kalmana „zgrała się” i w związku z tym zejdzie z afisza lubelskiego Teatru Muzycznego. Widzowie jednak na to nie pozwolili, bo chcą nadal śledzić losy Sylvii Varescu i słuchać niezapomnianego duetu o artystkach z variétés, które „nie biorą miłości zbyt tragicznie”.

To zainteresowanie sprawiło, że właśnie „Czardaszka” będzie pierwszą operetką pokazaną przez Teatr Muzyczny w nowym sezonie artystycznym 2008/2009.

Sobotni (godz. 18) spektakl operetki Kalmana warto polecić szczególnie, bowiem w roli Sylvii wystąpi Renata Drozd. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że artystka jest ucieleśnieniem ideału operetkowej primadonny: piękna, świetnie śpiewająca, a przy tym obdarzona sceniczną charyzmą i umiejętnościami aktorskimi oraz prawdziwą vis comica, którą prezentuje nie tylko na lubelskiej scenie, lecz także w Filharmonii Dowcipu Waldemara Malickiego. Oglądanie i słuchanie jej we wszystkich scenicznych wcieleniach to czysta przyjemność, którą chce się przeżywać niejeden raz. W pierwszym w tym sezonie spektaklu „Czardaszki” Renacie Drozd towarzyszyć będą: Tomasz Janczak w również bardzo dobrej roli Edwina, Małgorzata Rapa (Anastazja), Jarosław Cisowski (Boni), Grzegorz Szostak (Feri), Marek Szydło (Książę) i Krystyna Szydłowska (Księżna).

„Księżniczka czardasza” będzie pierwszą operetką pokazaną w nowym sezonie, ale nie pierwszym spektaklem w ogóle. Wcześniej, bo już dziś i jutro (24 i 25 września, godz. 11) widownię Teatru Muzycznego wypełni najmłodsza publiczność, która zobaczy bajkę muzyczną „Kot w butach”. A nawet nie tylko zobaczy, bowiem twórcy i wykonawcy spektaklu będą zachęcali młodych widzów do wzięcia udziału w jego akcji, co gwarantuje mnóstwo dodatkowych emocji i wrażeń. Libretto „Kota w butach” na podstawie bajki Jana Brzechwy napisał Jerzy Turowicz i on też jest reżyserem spektaklu, zaś muzykę skomponował Janusz Baca. W przedstawieniu występują m.in.: Joanna Witos (Kot), Mariola Drozd (Janek), Krystyna Szydłowska, Małgorzata Rapa, Agnieszka Kurkówna, Janusz Wlizło i Paweł Stanisław Wrona.

Andrzej Z. Kowalczyk
Kurier Lubelski



 

Wywiad z Waldemarem Zawodzińskim

Redakcja Radia Lublin przyłapała realizatorów superwidowiska operowego "La Traviata" w Lubelskiej Hali "Globus" w czasie przygotowań i ostatecznych pomiarów sali. Poniżej zamieszczamy link do fragmentu wywiadu, jakiego udzielił Waldemar Zawodziński - reżyser przedstawienia.

POSŁUCHAJ




 

"Poszukiwana naga i piękna"

Waldemar Zawodziński, reżyser lubelskiej "Traviaty" (premiera w listopadzie), postanowił pokazać całą urodę bohaterki opery Verdiego, w tym również jej nagie ciało.

«Kandydatki do rozebrania się na scenie twórcy spektaklu poszukują w agencjach modelek. - Ma być piękna jak bogini, olśniewająca, wspaniała - opisuje swoje oczekiwania Zawodziński.

Libretto do "La Traviaty", jednej z najpiękniejszych oper Giuseppe Verdiego, powstało na kanwie powieści "Dama Kameliowa" Aleksandra Dumasa syna. Pierwszy spektakl, który odbył się w Wenecji w połowie XIX wieku, okazał się skandalem - publiczność nie przywykła jeszcze do oglądania kurtyzan w teatrze.

A czy lubelska publiczność przełknie nagą kurtyzanę? - pytamy reżysera spektaklu. - Nie mam zamiaru epatować nagością, ale erotyzm i zmysłowość są wpisane w dzieło Verdiego. Piękne ciało to jeden z najdoskonalszych przejawów życia. Chcę przekazać radość z jego istnienia, zachwyt nim -ekscytuje się Zawodziński. Naga modelka na krótko pojawi się na scenie. - Oto przychodzi choroba i śmierć, która upomni się o piękne, młode ciało bohaterki - zdradza reżyser. - Więcej nie powiem, żeby nie odbierać widzom przyjemności płynących z zaskakujących sytuacji. Tomasz Janczak, znakomity solista i współreżyser "Traviaty" powiedział nam, że aktorkom Teatru Muzycznego nagiej roli nawet nie proponowano. - Szukamy doskonałego ciała wśród profesjonalistek, czyli modelek - mówi Janczak.

Waldemar Zawodziński nie po raz pierwszy wprowadzi na scenę nagą piękność. Do jego najsłynniejszych pomysłów należała Małgorzata, która w "Fauście" Goethego objawiła się ukochanemu ubrana jedynie w szminkę na ustach. - Przez nagość, piękną i uwodzącą, wiele można powiedzieć o człowieku - upiera się artysta.

"Traviatę" realizuje zespół Teatru Muzyczmego w Lublinie. - Dwa pierwsze spektakle odbędą się w listopadzie w hali na Globusie. Obejrzy je tam ok. 8 tys. widzów. Pod tym względem będzie to największa inscenizacja opery Verdiego w Europie - mówi Krzysztof Kuterski, dyrektor teatru.

Do realizacji dzieła Lublin zaprosił najwybitniejszych wykonawców w Polsce. Tytułową rolę zaśpiewa Joanna Woś. Zawodziński, czołowy twórca operowy w kraju, jest nie tylko reżyserem, ale również autorem scenografii. To wyjątkowo trudne zadanie, bo z surowej hali sportowej musi wyczarować wykwintne paryskie salony. Prace nad budową operowego świata na Globusie już trwają. Próby śpiewane zaczną się w połowie września.

NAGA MELPOMENA

Nagość na scenach Lublina nie jest rzeczą nową. Choć od rozbierania aktorek w Teatrze im. Osterwy nie stronili jego porzednicy, to najodważniejsze sceny widzowie obejrzeli w prapremierowych przedstawieniach realizowanych przez Krzysztofa Babickiego. Najpierw w "Diabelskim nasieniu", gdzie brylowała Anita Sokołowska, a potem w "Kąpielisku Ostrów", w którym Olga Borys biegała całkiem nago po zielonej trawie sadu. Obowiązkowa była oczywiście naga scena w gombrowiczowskiej "Operetce", gdzie słynną Albertynkę grała Monika Domejko.

"Poszukiwana naga i piękna"
Teresa Dras
Polska Kurier Lubelski nr 193/19.08.08




 

"Traviata" rozreklamuje miasto

Najdoskonalsze dzieło Giuseppe Verdiego "Traviata" jest łakomym kąskiem zarówno dla melomanów, jak i osób nieobeznanych z operą. - To wyjątkowo piękna muzyka i mądre libretto - przekonuje Waldemar Zawodziński, który wyreżyseruje lubelską wersję spektaklu. Premiera odbędzie się w listopadzie w hali na Globusie.

«"Traviata" jest prawowitym dzieckiem Teatru Muzycznego w Lublinie. W realizację widowiska zaangażowani są nasi śpiewacy i muzycy, ale planowany rozmach inscenizacyjny widowiska wymaga przestrzeni znacznie większej niż sala widowiskowa TM przy ul. Skłodowskiej. Dlatego operę wielkiego włoskiego kompozytora będziemy oglądać w hali sportowej na Globusie.

- Przy pomocy magii teatralnej da się zmienić sportową halę w miejsce o zupełnie innej estetyce. Zbuduję gigantyczną, wielopoziomową scenę, ważnym elementem przemiany będą światła - zapowiada Waldemar Zawodziński, reżyser i scenograf z Łodzi, który podjął się inscenizacji lubelskiej "Traviaty".

Zawodziński, rocznik 1959, jest dyrektorem Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, cenionym reżyserem teatralnym i operowym, a także scenografem. Wśród jego operowych realizacji jest już kilka dzieł Giuseppe Verdiego, ale z "Traviatą" zmierzy się po raz pierwszy. Do annałów polskiej opery przeszła jego "Gioconda", wystawiona na specjalnie skonstruowanej, 5-piętrowej barce pływającej po Odrze z wykonawcami na pokładzie. Wielkim sukcesem była ostatnia realizacja łódzkiego artysty - "Raj utracony" według Johna Miltona. Muzykę do literackiego arcydzieła skomponował Krzysztof Penderecki, który publicznie uznał reżyserię i scenografię Zawodzińskiego za najlepsze z dotychczasowych.

"Traviata", wystawiona w naszym mieście po raz pierwszy w historii, będzie jednocześnie największą inscenizacją tej opery w Polsce, a może i w Europie. Dyrektor Teatru Muzycznego Krzysztof Kutarski zadba, by w listopadzie, za sprawą premiery, Lublin był na ustach wszystkich.

- Za kilka dni w całym kraju ruszy kampania reklamowa. Sądzę, że "Traviata" będzie znakomitą i skuteczną promocją dla miasta - mówi Kutarski.

Wybór jednej z najwspanialszych oper świata, znakomity reżyser oraz dwie słynne śpiewaczki: Joanna Woś i Jolanta Żmurko, wszystko to sprawia, że dyr. Kutarski nie ma większych problemów z pozyskaniem sponsorów. Na razie szef TM nie chce zdradzać szczegółów, ale udało nam się podsłuchać, że patronat honorowy obejmie ambasador Włoch. Finansowo "Traviatę" wesprą: Fiat, Air Italy, Ferrero Roche.»

"La Traviata"
Teresa Dras
Polska Kurier Lubelski 03.07.08




 

Podróż sentymentalna

TEATR MUZYCZNY W LUBLINIE ŚWIĘTOWAŁ 60 LAT SWOJEGO ISTNIENIA

 Radość i łzy wzruszenia – tak można krótko scharakteryzować nastrój, jaki towarzyszył artystom i publiczności podczas koncertu jubileuszowego w lubelskim Teatrze Muzycznym, który w ostatni weekend obchodził brylantowe gody. Na scenie – jak kadry z filmu – przewinęły się fragmenty operetek, musicali i oper wystawianych na deskach czcigodnego gmachu przez ostatnie 60 lat.

W jeden wieczór obejrzeliśmy cały dorobek instytucji, która przez ponad pół wieku dostarcza rozrywki lubelskiej publiczności.

Obok artystów weteranów, którzy przez wiele lat kształtowali styl i poziom teatru, na scenie pojawiło się młode, obdarzone niemałym talentem wokalnym, pokolenie. Scenariusz stworzony przez Zbigniewa Czeskiego zakładał czternaście odsłon muzycznych, przeplatanych interludiami w postaci komentarzy. Jeden z komentatorów Ryszard Zarewicz, siedzący przy stoliczku z lewej strony sceny jak starej daty konferansjer, zapowiadał artystów, pozwalając im nie tylko na występ, ale i chwilę refleksji. Poważny i dystyngowany ton Ryszarda Zarewicza równoważyła „loża szyderców”, w której zabawny duet stworzyli na zasadzie kontrastu Andrzej Sikora i Andrzej Molik, nasz redakcyjny kolega, recenzent teatralny, który tym razem stanął po drugiej stronie barykady, debiutując na deskach Teatru Muzycznego w roli aktora kabaretowego, czym dodał przedstawieniu swoistego rubasznego kolorytu.

Po raz pierwszy tak szeroko do realizacji koncertu wykorzystano multimedia. Zastosowano trzy plany projekcji wideo. Na ekranach rozpiętych po obu stronach sceny za pośrednictwem kamery pojawiały się osoby, które nie mogły osobiście przybyć na galę jubileuszową, ale były związane z teatrem poprzez działalność artystyczną. Pojawili się Jerzy Golfert, Aura Szymanowska-Kalisz i Janina Guttnerówna. Trzeci plan tworzył ekran zawieszony w głębi sceny, na którym prezentowano archiwalne fragmenty przedstawień, po czym następowała ich materializacja na scenie. Takie przeniesienia z ekranu na deski stanowiły esencję jubileuszowego przedstawienia. Na pytanie: Co nam pozostało z tamtych lat? – można odpowiedzieć, że naprawdę wiele, a nawet to i owo pięknie się rozwinęło.

Reżyser Grzegorz Szostak zadbał o właściwe proporcje między wspomnieniami i teraźniejszością. Przestrzeń sceniczną zaprojektował Jarosław Koziara. Jego przesycona kolorami scenografia na długo pozostanie w pamięci widzów.

Galę otwierał fragment z musicalu „Upiór w operze” w obsadzie Tomasz Janczak i Paulina Janczak (w sobotnim przedstawieniu wystąpiła Kaja Mianowana). Z kolei Grzegorz Szostak zabłysnął we fragmencie musicalu „Człowiek z La Manchy”.

Nie zabrakło pozycji nawiązujących do historii teatru, którą uosabiają Krystyna Szydłowska i Marian Josicz. Artyści zaprezentowali swoje popisowe numery. Szydłowska śpiewała i stepowała w „Hello, Dolly”, udowadniając, że dla niej upływ czasu nie istnieje. Była energiczna, a przede wszystkim aktorsko świetna jak przed laty. To samo można powiedzieć o Marianie Josiczu, obdarzonym głosem silnym, o pięknej barwie. Artysta czarował nas w arii Doolittla z musicalu „My Fair Lady”.

Podczas gali wystąpili też młodzi śpiewacy. Rewelacyjna była Dorota Laskowiecka (laureatka nagrody Jana Kiepury) w wejściu Hanny z I aktu „Wesołej wdówki” F. Lehara. Ta sama artystka bardzo pięknie zabrzmiała też w duecie z Tomaszem Janczakiem we fragmencie „Ptasznika z Tyrolu”. Na uwagę zasługuje występ Elżbiety Kaczmarzyk, która wspaniale wykonała arię Seguidilla z opery „Carmen”.

Na wysokości zadania stanęli wszyscy artyści Teatru Muzycznego w Lublinie. Balet i chór dostarczyły koniecznej oprawy. Dominowały ekspresja i harmonia, co dało się zauważyć najpierw w baletowym popisie w „Carmen”, następnie w mazurze z opery „Straszny dwór”, w którym artystów z teatru wspomagał chór UMCS i Zespół Tańca Ludowego UMCS w Lublinie.

Uznanie należy się również orkiestrze prowadzonej podczas tego koncertu przez trzy różne indywidualności. Dyrygentów: Lucjana Jaworskiego, Jacka Bonieckiego i Klaudię Pasternak.

Zwieńczeniem gali stał się rozbrzmiewający chór niewolników z opery „Nabucco” w wykonaniu wszystkich artystów. Jak głośne życzenie, aby na deskach tego teatru rozbrzmiewały klasyczne opery, takie jak „Nabucco” czy „Upiór w operze”. To marzenia, a może najbliższe plany Krzysztofa Kutarskiego, dyrektora Teatru Muzycznego w Lublinie. W każdym razie materiał na zrealizowanie dobrej opery już jest – soliści, chór, balet i orkiestra są na to przygotowani.

Joanna Biegalska
Kurier Lubelski
26-05-2008



 

Jubileuszowy koncert w Saskim

NAJPIĘKNIEJSZE ARIE OPEROWE I OPERETKOWE Z REPERTUARU TEATRU
 

Obchodzący 60-lecie lubelski Teatr Muzyczny zaprasza na wielki koncert galowy, który odbędzie się w sobotę o godz. 19 w muszli Ogrodu Saskiego.

Według zamysłu reżyserów, Grzegorza Szostaka i Tomasza Janczaka, będzie to przegląd największych hitów operowych i operetkowych, które były grane w teatrze, lub pozostają w planach repertuarowych. Nie zabraknie też fragmentów musicali, a także popisów baletowych. Widzowie będą również mogli usłyszeć przedsmak brzmienia opery „La Traviata”, której premierę Teatr Muzyczny szykuje na koniec roku. Koncert to okazja do ukazania potencjału i rozmachu realizatorskiego Teatru Muzycznego, jest to również jubileuszowy prezent dla widzów, których nie zawsze stać na zakup biletow na spektakl na scenie przy ul. Skłodowskiej 5. Wstęp na koncert w Ogrodzie Saskim jest wolny.

W muszli, oprócz gwiazd lubelskich, chóru i baletu, zobaczymy również specjalnych gości, a także szereg niespodzianek. Jeśli chodzi o nasze gwiazdy, to wspaniała mezzosopran, sceniczna partnerka Placido Domingo Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak zaśpiewa m.in. „Sequidila” z „Carmen” Bizeta, sopranistki: Renata Drozd – Czardasza Sylvy z „Księżniczki czardasza” Kalmana, Julia Iwaszkiewicz – arię Adeli z „Zemsty nietoperza” Straussa, a Dorota Laskowiecka – Czardasza Rozalindy z tejże operetki, Agnieszka Kurkówna – song Fantyny z musicalu „Nędznicy”, tenor Tomasz Janczak – arię Barinkaya z „Barona cygańskiego”, a bas-baryton Grzegorz Szostak – arię Skołuby ze „Strasznego dworu” Moniuszki. Będą duety, kwartety i tutti. A na finał usłyszymy „Libiamo” anonsujące „Traviatę” Verdiego, wyśpiewane przez wszystkich wykonawców.

Andrzej Molik
Kurier Lubelski
27-06-2008



 

Strauss i Tuwim

Informacje o "Zemście Nietoperza" coraz częściej goszczą w naszych mediach, poniżej wywiad z Reżyserem spektaklu, Tomaszem Janczakiem

Strauss i Tuwim

W SOBOTĘ W MUZYCZNYM PREMIERA „ZEMSTY NIETOPERZA”

* Andrzej Molik: Znamy Pana z licznych kreacji aktorskich w Teatrze Muzycznym, a tu niespodzianka: debiut reżyserski. Miał Pan ponoć powody, żeby zająć się realizacją operetki Straussa syna „Zemsta nietoperza”.
Tomasz Janczak, reżyser przedstawienia: Mam wyjątkowy sentyment do „Zemsty nietoperza”. To w tej operetce w 1995 r. debiutowałem na scenie w roli Eisensteina. Był to spektakl przygotowany w oryginalnej wersji językowej przez Teatr Muzyczny w Łodzi na wyjazd do Niemiec. Potem brałem udział w 7 realizacjach arcydzieła Straussa, m.in. w Warszawie, także grając po niemiecku, w Teatrze Wielkim w Łodzi, Bydgoszczy, Wrocławiu...

* Zatem zna ją Pan świetnie.

I uważam nie tylko za jego najpiękniejszą operetkę, ale za najpiękniejsze dzieło w całej literaturze muzycznej. Przez to, że grałem w „Zemście nietoperza” tak często, mam porównanie, które realizacje były mniej lub bardziej udane. Od kilku lat moim największym marzeniem było samemu zrealizować własną wizję. Według mnie ta operetka jest najlepsza spośród scenicznych dzieł Straussa syna i że dzięki niej wszedł on na wyżyny twórczości. Oczywiście, „Baron cygański” jest piękny, ale to „Zemsta” pozostaje szczytowym osiągnięciem. Dlatego do Straussowskiej partytury podszedłem z absolutnym pietyzmem i niemal zupełnie zrezygnowałem ze skrótów.

* Inni reżyserzy sobie na to pozwalają?

Takie cięcia dokonywane są nagminnie. Przykładem może być duet Falkego i Eisensteina w I akcie. W 80 proc. realizacji jest on skracany i rozpoczyna się dopiero od słów „Pójdźmy więc dziś na bal”, a poprzedzającą je dużą partię większość reżyserów przerabia na dialog słowny. Tymczasem Strauss napisał ten fragment jako recytatyw. A po to przecież jest w tej scenie muzyka, żeby ją przedstawić muzycznie! Podobnie jest np. z duetem z zegarkiem Rosalindy i Eisensteina z aktu II.

* Jest jeszcze coś w „Zemście” godnego zauważenia?

To libretto Juliana Tuwima. Nie jest to stricte tłumaczenie idące po literze libretta Haffnera i Genee. Tuwim dodał do niego wiele od siebie, tchnął polską wrażliwość. Potrafił zawoalować pewne dosłowności niemieckojęzycznego tekstu i przydać mu wiele smaczków. Podam tylko jeden przykład. W Tuwimowej wersji w III akcie dozorca więzienny Frosch, gdy ma ukryć Adelę i Idę, mówi ostrzegawczo: „Uwaga, nastąpi gra słów” i pyta: „Do jakiej celi mam zabrać te panienki i w jakim celu?”, a zaraz dodaje: „Gra słów skończona, akcja toczy się dalej”. Tego w niemieckim oryginale nie ma! Takich perełek jest dużo więcej. Staraliśmy się w tej realizacji je wydobyć i w ten sposób złożyć hołd wspaniałemu poecie.

* Zagra Pan też Eisensteina.

Po raz ósmy w karierze, tym razem na zmianę z Witoldem Wroną. Jeśli chodzi o innych realizatorów, to wymienię Małgorzatę Słoniowską, która stworzyła realistyczną scenografię, a kierownictwo muzyczne sprawuje Artur Wróbel, młody, utalentowany i ambitny dyrygent. Występuje cały zespół Muzycznego.

Andrzej Molik 
Kurier Lubelski 
16-04-2008



 

O jubileuszowym koncercie w Muzycznym

Dyrektor Teatru Muzycznego Krzysztof Kutarski opowiada o koncercie jubileuszowym.

«Andrzej Molik: Teatr Muzyczny obchodzi 60-lecie działalności, a Pan dyrektoruje mu niespełna rok, co jest drobiną w długich dziejach placówki. A jednak to Panu przyszło przygotować uroczystości jubileuszowe, przewidziane na sobotę i niedzielę. Wszystko już dopięte na ostatni guzik?

Krzysztof Kutarski, dyrektor naczelny TM: Przygotowania jeszcze trwają, co jest naturalne, biorąc pod uwagę, że mija zaledwie kilka tygodni od premiery "Zemsty nietoperza" a niedawno wznowiony został "Straszny dwór". Ale już na tyle poznałem pracowitość i zdolności całego zespołu teatru, że jestem spokojny o ostateczny kształt artystyczny, przygotowywanego na tę okazję widowiska.

Na czym będzie ono polegać?

- To jest koncepcja, która ma swoje odbicie w scenariuszu Zbigniewa Czeskiego. Opiera się na tym, żeby przez pryzmat dotychczasowych wspaniałych spektakli pokazać dzień dzisiejszy teatru, a także projekcję naszych marzeń co do kierunku jego rozwoju. I tak, oprócz fragmentów najbardziej znanych i cenionych przez publiczność operetek: "Barona cygańskiego", "Wesołej wdówki", "Księżniczki czardasza", "Ptasznika z Tyrolu", uzupełnionych wywiadami z wieloletnimi artystami Muzycznego, zobaczymy fragmenty największych produkcji musicalowych - "Upiora w operze" i "Człowieka z La Manchy" - stanowiących dla mnie naturalny kierunek rozwoju tego teatru. Wszystko to w rozbudowanej oprawie multimedialnej.

Wprowadzenie do programu wielkiego koncertu jubileuszowego "Upiora w operze" ma ponoć znaczenie symboliczne.

- Nie chciałbym zdradzać szczegółów, ale główne przesłanie skierowane do publiczności oraz naszych mecenasów stanie się jasne już po pierwszym odsłonięciu kurtyny.

Twórcami show są...

- Z założenia oparłem się na realizatorach związanych z Lublinem. Autorem scenariusza i części reżyserii jest Zbigniew Czeski, zaś jako scenografa zaangażowałem Jarosława Koziarę. Całość reżyseruje Grzegorz Szostak, związany już etatem z teatrem. Kierownictwo muzyczne sprawuje Jacek Boniecki, a poprowadzi orkiestrę kilku dyrygentów, w tym prof. Lucjan Jaworski, który robił to przez wiele lat i należy do żywych legend sceny operetkowej w Lublinie. Chór przygotowała jak zwykle Zofia Bernatowicz.

Znając różne realizacje Koziary, czy nie obawia się Pan wprowadzenia nowoczesnej, alternatywnej sztuki do teatru operującego na ogół inną konwencją?

- Nie, nie obawiam się. Jarek Koziara jest od zawsze związany z naszym miastem. W swojej twórczości operuje symbolem, a taki właśnie efekt chcieliśmy uzyskać, aby móc w sposób skondensowany zawrzeć 60 lat teatru w dwugodzinnym przedstawieniu.

Dochodzą słuchy o artystach z zewnątrz, specjalnie na tę okazję zaangażowanych...

- Zgadza się. Chodzi tu o dwie młode solistki, które będą śpiewały partię Christine z "Upiora w operze", ale ich występ mieści się w założonej konwencji. W sobotę rolę tę będzie kreowała Kaja Mianowana, która jest rodowitą lublinianką, robi zaś wielką karierę, występując w tej głównej roli w superprodukcji Teatru Roma. Zależało mi, aby dać jej szansę zaprezentowania się przed własną, lubelską publicznością, gdyż tak widzę rolę Teatru Muzycznego, jako instytucji promującej talenty lubelskie. W niedzielę w rolę tę wcieli się Paulina Janczak, także śpiewająca w Romie i da to okazję do podziwiania duetu ojca, Tomasza Janczaka z córką. Poza tym do mazura ze "Strasznego dworu" zaangażowaliśmy Zespół Tańca Ludowego UMCS pod kierownictwem pana Stanisława Leszczyńskiego oraz Chór UMCS pod dyrekcją pani Urszuli Bobryk.

Gospodarzem wieczoru będzie i całość poprowadzi legenda lubelskiego Teatru Muzycznego, pamiętający jego początki Ryszard Zarewicz?

- Nie tylko z wrodzoną elegancją poprowadzi jubileuszowe wieczory. Wniósł on też swą ogromną wiedzę o teatrze do tworzenia scenariusza widowiska, dzięki niemu dotarliśmy do dawnych artystów, których wspomnienia, zarejestrowane na filmach, będą pokazywane na ekranach obok sceny, ale to także dzięki jego ogromnej kolekcji udostępnionych nam dawnych zdjęć mogła powstać specjalna wystawa. Mamy u Niego olbrzymi dług wdzięczności.

No, właśnie. Jubileusz uświetni nie tylko wielki koncert?

- Oczywiście, że nie tylko. Po koncercie będzie bankiet... (śmiech). A tak na poważnie, wydarzeniu temu towarzyszy wystawa obrazująca historię sześciu dziesięcioleci Teatru Muzycznego, którą Pan zapewne lepiej zna niż ja, gdyż przygotował pan do niej humorystyczne komentarze, które mówią więcej niż suche fakty i zdjęcia. Przy tej okazji wydaliśmy również gazetę jubileuszową "Dusza śpiewa...", której redaktorem prowadzącym jest Andrzej Z. Kowalczyk, z tego co wiem, kiedyś także krytyk Kuriera Lubelskiego. I jeszcze jedna osoba związana z waszą redakcją udzieliła nam wsparcia. Teksty do tzw. loży szyderców napisał Kazimierz Pawełek, były redaktor naczelny Kuriera i senator, znany ze związków z kabaretem i z twórczości satyrycznej.

A kto zasiada w tej loży szyderców?

- Chciałby pan wszystko wiedzieć za darmo. Zapraszamy na spektakl!

Ma Pan jakieś osobiste przesłanie jako kreator koncertu jubileuszowego?

- Kreator... to za dużo powiedziane. Niemniej chciałbym go zadedykować pamięci dyrektora Andrzeja Chmielarczyka, którego nie miałem okazji poznać osobiście, ale czuję głęboki szacunek wobec jego osiągnięć w czasie 33 lat kierowania Teatrem Muzycznym i ciepłych wspomnień, jakie pozostawił w sercach pracowników i przyjaciół teatru.»

"Koncertowy jubileusz 60-lecia"
Andrzej Molik
Polska Kurier Lubelski nr 119
23-05-2008




 

Owacje dla Skrzypka na dachu

Z przyjemnością cytujemy artykuł Andrzeja Molika z Kuriera Lubelskiego, na temat spektaklu Skrzypek na Dachu:

"W miniony piątek w Teatrze Muzycznym po przedpołudniowym przedstawieniu wznowionego w styczniu musicalu "Skrzypek na dachu" Jerry'ego Bocka, w którym w roli Tewjego Mleczarza zadebiutował Marcin Żychowski (zmienił grającego do tej pory Grzegorza Szostaka), zgromadzona na widowni młodzież zgotowała występującym artystom standing ovation.

Wiadomo, jak niewdzięczna bywa szkolna publiczność często "na siłę" przywieziona do teatru. Kręcenie się, rozmowy, komentarze, śmiechy w nieodpowiednim miejscu, niewyłączone komórki - to standard. A tymczasem...

- Marcin przed debiutem bardzo się denerwował - relacjonował grający w musicalu Marek Grabowski. Długo czekał na moment zagrania Tewjego. Jego zdenerwowanie przeniosło się na nas. A tu, jeszcze przed finałem, zorientowaliśmy się, że na sali jest cisza jak makiem zasiał, a potem wybuchły owacje i młodzi zerwali się z miejsc. Niesamowite! - cieszy się aktor."

Andrzej Molik
Kurier Lubelski nr 65
17-03-2008